Klucz – Jun’ichirō Tanizaki

the key Wracam do mojego ulubionego japońskiego pisarza – Jun’ichirō Tanizakiego. Już dość dawno poczułam ogromną chęć, by w końcu poznać jego „Klucz”. Nie będę ukrywać, że dodatkowym bodźcem było przypadkowe natrafienie na ekranizację tej powieści w reżyserii Tinto Brassa. Zakupiłam więc anglojęzyczną wersję książki, gdyż nie ma jej w polskim przekładzie i jak to bywa w takich przypadkach postanowiłam poświęcić jej trochę więcej czasu i uwagi. Po trochę, fragment po fragmencie tłumaczyłam ją sobie na język polski. Takie doświadczenia są dla mnie niezwykłe. Gdy tak zastanawiam się nad każdym zdaniem, czasem słowem, jakby je ująć tak, by oddały to co poczułam czytając tekst, niespodziewanie mocno zżywam się z bohaterami utworu. Tak było i tym razem. Z Ikuko i jej mężem, kochankiem i córką spędziłam powolne kilka tygodni. A kim są ludzie, którym towarzyszyłam w ich prywatnym życiu?
Bohaterami książki są mężczyzna, którego imię ani razu nie pada, o którym wiemy tylko tyle, że mieszka wraz z żoną w Kioto i pracuje na uczelni, żona Ikuko, która odebrała staroświeckie wychowanie i wyszła za mąż z woli rodziców, ich córka Toshiko i kandydat na jej narzeczonego Kimura.
Książka to zbór zapisków z pamiętników małżonków. Mąż prowadzi dziennik już od wielu lat, ale od Nowego Roku postanawia pisać na temat, którego do tej pory nie poruszał – intymnego życia z żoną. Liczy na to, że ukochana go przeczyta, gdyż tylko w ten sposób jest w stanie z nią porozmawiać, bez zasłaniania się przez nią skromnością i wstydliwością. Pewnego razu udając, że to przypadek, zostawia na podłodze swojego gabinetu klucz do szuflady biurka, w której schowany jest dziennik. Żona znajduje go i domyśla się jakie były intencje męża. To popycha ją do założenia w tajemnicy przed nim własnego pamiętnika, w którym ta skryta kobieta, będzie mogła szczerze porozmawiać, chociażby ze sobą. Przynajmniej tak twierdzi. Prawda jest jednak taka, że obydwoje wiedzą o swoich zapiskach, choć uparcie zapewniają się, że żadne z nich nie czyta zwierzeń tego drugiego.
W ten właśnie sposób zaczyna się małżeńska gra, na scenę której wciągnięci zostają jeszcze córka Toshiko i jej niedoszły narzeczony Kimura. Mąż, który obwiniał do tej pory żonę za jej bierność podczas stosunku i za to, że przez to nie jest w stanie jej usatysfakcjonować, nagle odkrywa, że zazdrość o innego mężczyznę pozwala mu wystarczająco się pobudzić, by sprostać oczekiwaniom kobiety. W „kontrolowanych” warunkach pozwala więc na stopniowe, niewinne (jak mu się zdaje) zbliżenie żony i Kimury, młodszego kolegi z pracy, który oficjalnie odwiedza ich dom ze względu na Toshiko. Do czego doprowadzi ta gra? Tego nie zdradzę, bo Tanizakiego uważam za mistrza zaskakujących zwrotów akcji, które zmuszają czytelnika do otworzenia szeroko oczu ze zdziwienia.
Zastanawiam się więc w jaki sposób mogę pisać o książce, by nie zdradzić zbyt wiele? Trudne to zadanie, bo pełna jest ona niuansów, bez których ciężko cokolwiek z całej tej historii zrozumieć. To co najbardziej urzekło mnie w tym utworze to kreacja bohaterów. Niesamowite co dzieje się z nimi, gdy postawieni zostają w obliczu niecodziennej sytuacji, jak skomplikowana jest ich psychika, jak ciężkie decyzje muszą podejmować.
Mąż, kochający żonę ponad wszystko, ubóstwiający jej ciało decyduje się na to by pchnąć ją w objęcia innego. W dodatku tym innym jest kandydat do ręki jego córki. By uszczęśliwić żonę i siebie ryzykuje nawet własnym zdrowiem.
Żona – przez lata nieszczęśliwa kobieta, która twierdzi, że go kocha, ale czuje do niego obrzydzenie. Jednocześnie nie może pozbyć się przekonania, że jej najważniejszym obowiązkiem względem męża jest posłuszeństwo. Jak je rozumieć, kiedy on chce, by zbliżyła się do innego mężczyzny? Czy takie zbliżenie jest wciąż posłuszeństwem? A może posłuszeństwo to zwykła wymówka kobiety, która pragnie innego?
Córka, która patrzy na wszystko z boku. Po czyjej stanie stronie? Matki, którą ojciec zmusza do nieprzeciętnych praktyk seksualnych? A może po stronie ojca, którego matka być może zdradza? Gdzie w tym wszystkim jest sama Toshiko? Przecież Kimura miał być jej narzeczonym – czyż nie powinna nienawidzić rodziców za to co jej wyrządzili?
I w końcu Kimura – mężczyzna, który zostaje wciągnięty w intrygę właściwie wbrew własnej woli. Może wydawać się, że jest on najbardziej z nich wszystkich niewinny. Szybko jednak okazuje się, że doskonale odnajduje się w całej sytuacji, a ostatni akapit książki świadczy o tym, że w niczym im nie ustępuje.
Trudna, wielowymiarowo jest to powieść, która pokazuje, że niczego nie da się tak jednoznacznie ocenić. Każde zdarzenie rozumieć można zupełnie inaczej, w zależności od tego kto na nie spogląda. Każdy ma inne motywy, inne uczucia, którym się poddaje i w końcu inną moralność, którą za wszelką cenę zawsze będziemy dopasowywać do naszych ukrytych pragnień.
Na koniec słów kilka o „La chiave” Tonto Brassa, o którym wspomniałam na samym początku. Teraz cieszę się, że zobaczyłam film zanim przeczytałam powieść. Początkowo jednak myślałam, że źle zrobiłam dając się na niego skusić, gdyż poznałam całą historię z góry, ale to nie prawda… Oglądając filmowy „Klucz” pomyślałam „intrygująca historia – chcę przeczytać książkę!”. Kiedy przeczytałam utwór Tanizakiego drugi raz nie wróciłabym już do filmu. Brassowi nie udało się pokazać zawiłości całej intrygi, tego co działo się z bohaterami, poza tym film ten nazwałabym raczej wulgarnym. No i zabrakło mi zakończenia, tego dość zdziwaczałego, jak przystało na Tanizakiego.

Dzień japoński w przedszkolu


Dziś na moim blogu postanowiłam dodać nową kategorię. Możliwe, że nie zawsze wydarzenia, a których będę pisała związane będą z literaturą, a przecież takie było założenie tej strony. Dlaczego więc zdecydowałam się pisać o czymś jeszcze? Bo zaczynając prowadzić moje zapiski kierowałam się chęcią dzielenia moimi przeżyciami, co trudno było robić z bliskim mi otoczeniem, gdyż dotyczą mało poczytnej w moich kręgach literatury japońskiej. Jednak mój kontakt z kulturą Kraju Kwitnącej Wiśni nie kończy się tylko na książkach. Czasami zdarza mi się przeżyć coś niezwykle dla mnie cennego, coś o czym chciałabym opowiedzieć i właśnie dlatego postanowiłam, że posłużyć temu może ten oto blog.

Paulina Wojnarowska-WrońskaCo stało się bezpośrednim impulsem do takiej decyzji? Zaproszenie skierowane do mnie przez grupę IV wraz z panią wychowawczynią z Przedszkola nr 10 w Nowym Sączu, abym wzięła udział w „Dniu zielonym” poświęconym właśnie kulturze Japonii. Z ogromną przyjemnością stawiłam się na czas, ubrana w uszytą przeze mnie yukatę i uczesana najlepiej jak potrafiłam. Czy mi wyszło…? Nie wiem, ale jedno mogę powiedzieć na pewno – dzieci były wprost cudowne.

Zastanawiałam się w jaki sposób opowiedzieć takim maluchom o kraju tak odległym zarówno pod względem geograficznym jak i kulturowym. Wiedziałam, że nie mogę sypać suchymi faktami, przytaczać odległości dzielącej nas od Tokio w kilometrach, opowiadać o dynastii cesarskiej, ani kolejnych shogunach. Na początek więc każdy dostał małą japońską flagę, z których powstał prawdziwy las.p1150331 Potem opowiedziałam im o ubraniu w jakim do nich przyszłam. Mówiłam, że kiedyś każdy Japończyk chodził tylko w takim stroju i nikt z nich nie znał ani dżinsów, ani bluz z kapturem. Mimo to miałam wątpliwości, czy uda mi się zainteresować tak małe dzieci. Kiedy jednak zobaczyłam, że słuchają mnie uważnie i śmieją się, gdy pokazuję im, że zamiast do kieszeni Japończyk może schować cukierka do workowatego rękawa, a skarpetki Japończyka mają miejsce na dużego palca osobno od reszty, kamień spadł mi z serca. Poszłam więc o krok dalej i pokazałam im, że japońskie dzieci, ucząc się w szkole jak napisać „księżyc” nie stawiają na kartce literek, ale rysują w zeszycie krzywą drabinkę, a gdy ich rodzice czytają gazetę to cała pokryta jest krzaczkami.japoński księżycMaluchy dalej słuchały. Potem poszło już z górki. Zrobiliśmy razem sushi, a dzieci, które chciały odkroić swój kawałek od długiego wałka ryżu owiniętego wodorostem ustawiały się w ogonku. Napiliśmy się też gorzkiej herbaty z czarki bez ucha do trzymania! Jedno i drugie zaowocowało zwierzeniami: „Proszę pani… to jest niedobre… co mam z tym zrobić?” :) Oczywiście byli też twardzi młodzieńcy przyjmujący wszystko z kamienną twarzą. Co ciekawe, paniom opiekunkom smakowało :) sushi przedszkole nr 10 w Nowym Sączu Na koniec tańczyliśmy w kółeczku i świetnie bawiliśmy się biorąc udział w konkursach na jedzenie pałeczkami. Była to dla mnie fantastyczna przygoda!p1150321

Spotkanie z tymi Malcami zapamiętam na pewno na bardzo długo. Zaskoczyło mnie ich zaangażowanie i otwartość na to co nowe. Chciałabym też podkreślić, że to zaproszenie było dla mnie niemałym wyróżnieniem za co z całego serca dziękuję dyrekcji i paniom z Przedszkola nr 10 w Nowym Sączu. Arigatō gozaimashita i sayōnara!

Przypadki miłosne pięciu kobiet – Ihara Saikaku

Przypadki miłosne pięciu kobiet - Ihara SaikakuI tym razem miałam okazję sięgnąć po nowość wydawniczą. Niedawno bowiem ukazały się nakładem Wydawnictwa Uniwersytetu Jagiellońskiego „Przypadki miłosne pięciu kobiet” autorstwa Ihary Saikaku. Oczywiście nie mogłam pozwolić, by taka pozycja mi umknęła. Sama książka nie jest długa, gdyż składa się z pięciu krótkich opowiadań. Stanowi ona jednak pracę naukową tłumaczki Katarzyny Sonnenberg, dlatego oprócz właściwego tekstu opowiadań znajdujemy także ich analizę zawartą we wstępie. Tych, którzy pragną więc profesjonalnych rozważań na temat świata przedstawionego, czasu akcji, bohaterów, narratora itd. odsyłam do książki. Ja skupię się jak zawsze na moich odczuciach po lekturze.
Pierwsza rzecz, która zwróciła moją uwagę to tytuł. Polscy uczniowie mogą cieszyć się, że dzieło japońskiego pisarza nie znalazło się nigdy na liście lektur, gdyż niejeden z nich miałby pewnie spory problem, gdyby nauczyciel na sprawdzianie zadał pytanie: „Kto jest głównym bohaterem opowiadania pod tytułem…?” Rozchodzi się o to, że tytuł zbioru mówi o przypadkach miłosnych pięciu kobiet, ale w tekście trudno często wyczuć kto jest główną postacią, w niektórych z nich zakochanych kobiet jest więcej niż jedna, a ich wątki są rozwijane po równo. Najzabawniejsze jednak jest opowiadanie „Gengobei, czyli góra namiętności”, gdzie z całą pewnością na kartkówkowe pytanie odpowiedziałabym: Gengobei – mężczyzna!
Jeśli chodzi o twórczość Saikaku w ogóle, to do tej pory miałam okazję zapoznać się jeszcze z „Żywotem kobiety swawolnej”. Wiedziałam o tym czym były ukiyozōshi, czyli „zeszyty ulotnego świata” i poprzednia lektura rzeczywiście wpisywała się w poznaną przeze mnie definicję. Jednak dopiero sięgając po „Przypadki miłosne pięciu kobiet” poczułam się jak mężczyzna – mieszczanin kupujący Playboya z XVII wieku. Lektura ta była w sumie łatwa i przyjemna. Nie czułam, by miała moralizatorskie zadanie, nie była też wzniosła. Liczyła się intryga i… pożądanie oczywiście. Jak w greckiej tragedii nad bohaterami niejednokrotnie wisiało fatum, przez które niejako zmuszeni byli do czynów niegodziwych, do postępków wynikających z namiętności, za które we wszystkich opowiadaniach zresztą bohaterów spotkała kara. Pod względem otwartego, ale i zabawnego traktowania spraw intymnych największe wrażenie zrobił na mnie fragment z pierwszego opowiadania „Opowieść o Seijūrō z Himeji”. Otóż para kochanków spotyka się wreszcie w miłosnym uścisku, jednak wciąż ostrożnie spogląda na kotarę, za którą zgromadzeni są ludzie. Nie spostrzegli natomiast, że od przeciwnej strony patrzy na nich drwal. „W jednej ręce trzymał sierp, a drugą poruszał rytmicznie pod pasem na biodrach. […] Okazuje się, że kochankowie, zgodnie z tym, co mówi stare powiedzenie, schowali głowy, ale wystawili zadki.” – opowieści te trudno więc nazwać romantycznymi, są po prostu erotyczne.
Pewien problem miałam też z ostatnim opowiadaniem „Gengobei, czyli góra namiętności”. A to dlatego, że nagle doszłam do dodatku gazety dla mężczyzn o… mężczyznach właśnie. Mnie jako europejskiemu odbiorcy trudno zrozumieć było postawę kobiety zakochanej (i pałającej pożądaniem!) w mężczyźnie, który woli chłopców. Znikoma też radość byłaby dla mnie z usidlenia takiego pana, jeśli on wciąż marzyłby o przedstawicielach tej samej płci. Cóż jednak – homoseksualizm w Japonii nie był takim tabu jak przez wieki w Polsce i chyba też inaczej go rozumiano, jak widać nikt nie odczuwał niestosowności w mieszaniu partnerów z obrębu obu płci.
Jeśli chodzi o głębszą analizę wydarzeń zawartych w opowiadaniach nie podejmuję się takowej, gdyż z założenia miała to być chyba tylko prosta rozrywka i nie znajdziemy w zbiorze głębszej analizy psychologicznej, nie zagłębimy się w motywy kierujące bohaterami. Jednakże sama akcja niejednokrotnie jest zaskakująca i gdy dowiedziałam się, że jednym z pisarzy, który zafascynowany był twórczością Saikaku był Jun’ichirō Tanizaki nie mogłam przestać doszukiwać się podobieństw. Oczywiście stwierdzenie, że ich style są do siebie podobne byłoby daleko idącym nadużyciem, jednak jest coś w twórczości Tanizaki’ego, co rzeczywiście pozwala skojarzyć niektóre elementy jego prozy z XVII wiecznymi tekstami Saikaku. Zwłaszcza, gdy czytałam o „Opowieść o twórcy kalendarzy” moją uwagę przykuły zaskakujące zwroty akcji i jakby fatum, które kierowało losami bohaterów w sposób, który budzi w czytelniku poczucie sprzeciwu. Gdy Osan niechcący przysnęła zastawiając pułapkę na Moemona, w wyniku czego nieświadomie spędzili ze sobą noc, aż chciało się krzyczeć: „Nie! No zbudź się! Przecież tak nie może być!” Podobne uczucie towarzyszyło mi, gdy czytałam na przykład „Tajemną historię pana Musashi’ego”. Główny bohater, sprawca morderstwa ojca swojej ukochanej, z jej polecenia okaleczał jej męża, gdyż kobieta przekonana była, że to mąż jest mordercą. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że moje doszukiwanie się podobieństw może wydawać się „na siłę”, ale nic nie poradzę na to, że lubię szperać w motywach nie tylko bohaterów, ale i twórców literatury.
Kończąc co zaczęłam powiem jeszcze tylko, że poleciłabym zbór opowiadań „Przypadki miłosne pięciu kobiet” tym, którzy pragnęliby nieco oderwać się od ciężkich, poważnych lektur i oddalić się w świat lubieżnej rozrywki. Nie jestem jednak pewna, czy jest to lektura dla każdego. Spodziewam się, że ktoś komu zupełnie obca jest kultura japońska może troszeczkę męczyć się przy czytaniu i nie wiem, czy poczuje się rzeczywiście „rozerwany”. Niemniej jednak zachęcałabym, chociażby po to, by zapoznać się z trochę innym sposobem postrzegania ludzkiej cielesności, dość niezwykłym jak na europejskie, wyrosłe na wierze chrześcijańskiej warunki.

Światło i mrok – Natsume Sōseki

Światło i mrok - Natsume SosekiWreszcie. Wreszcie nadszedł moment kiedy mogłam oddać się lekturze długo wyczekiwanej przeze mnie pozycji „Światło i mrok” Sōsekiego. Przywykłam już do tego, że omawianie przeczytanej przeze mnie pozycji zaczynam od kilku słów o autorze. Jak już pisałam Natsume Sōseki należy do moich ulubionych i to od niego właśnie zaczęłam swoją przygodę z literaturą japońską. Gdybym miała w telegraficznym skrócie powiedzieć z czym kojarzy mi się ten pisarz powiedziałabym: z samotnością, dowcipem, odzieraniem bohaterów z patosu. Dowcipem, komizmem sytuacyjnym, satyrą, groteską – tym wszystkim posługiwał się Sōseki na początku swojej działalności literackiej. Im późniejsze jego dzieła bierzemy do ręki tym mniej tego znajdziemy. Styl autora staje się poważniejszy, a analiza psychologiczna znacznie pogłębiona. W tym właśnie tonie napisane jest „Światło i mrok”. Jest to bowiem ostatnia powieść pisarza, nieukończona ze względu na jego śmierć. Opowiada o małżeństwie Yoshio i Onobu Tsuda i o ich walce o wspólne szczęście i o szczęście każdego z osobna. Akcja rozgrywa się w ciągu zaledwie dziesięciu dni. Yoshio udaje się do szpitala na operację przetoki. Nasi bohaterowie są więc osobno a jednak cały czas mają na siebie ogromny wpływ. Muszę przyznać, że Natsume Sōseki w niebywale prawdziwy sposób ujął relację między żoną i mężem. Czasami wydaje nam się, że tylko my prowadzimy jakąś grę, prowokujemy zachowania innych według własnej woli i tylko nasze zachowania kryją w sobie drugie dno. Czytając tę powieść mamy okazję przekonać się, że każdy człowiek nieraz zachowuje się tak a nie inaczej, gdyż z góry kalkuluje co dzięki temu osiągnie. Ludzie nie są szczerzy i prostolinijni jak dzieci. Nie jest wcale inaczej w przypadku relacji małżeńskiej, która często kojarzona z takimi sloganami jak „braterstwo dusz” i „otwarcie się na drugą osobę” niejednokrotnie staje się sceną, na której rozgrywa się gra pozorów.
Sięgając do analizy powieści jakiej dokonał prof. Mikołaj Melanowicz główną chorobą bohaterów jest ich egoizm, który prowadzi do destrukcji harmonii, rozpadu więzi. Szereguje on nawet postaci od mroku do światłości, zaczynając od Tsudy, potem Onobu, a kończąc na znajdującej się w świetle Kiyoko, dawnej miłości Tsudy, o której on wciąż nie może zapomnieć. Po przeczytaniu książki zaczęłam się nad tym zastanawiać. Tak, rzeczywiście Tsuda był egoistą. Pierwszym dowodem na to stwierdzenie jest jego roszczeniowa postawa wobec ojca. Mimo, że to już dorosły, pracujący mężczyzna, Tsuda uznaje za oczywiste, że ojciec musi przesyłać mu pieniądze, bo przecież czasy się zmieniły i jemu trudno zarobić na wszystkie zachcianki swoje i żony. Jeśli chodzi o jego stosunek do żony z kolei, odnosiłam wrażenie, że skupia się on tylko i wyłącznie na tym co mu w niej przeszkadza i może nawet dużo lepiej czułby się, gdyby był wolnym, nieżonatym człowiekiem. Co wydało mi się dziwne zważywszy na fakt, że ich małżeństwo nie było jednym z tych „swatanych z obcym”, ale sami siebie wybrali, poznając się zanim do gry zostali wprowadzeni swaci. Z czasem postawa Tsudy stała się dla mnie bardziej zrozumiała, gdy dowiedziałam się, że na swoich barkach dźwiga porażkę z przeszłości. Kobieta, którą kochał i która miała zostać jego żoną, praktycznie bez uprzedzenia poślubiła innego mężczyznę. Trudno więc porzucić mu w takiej sytuacji myśli „Co by było, gdy moją żoną była tamta kobieta?”. Choć jego doświadczenie życiowe w pewnym stopniu stanowi usprawiedliwienie jego stosunku do obecnej żony, czytelnikowi trudno jednak wyzbyć się współczucia dla Onobu, która za wszelką cenę chce czuć się kochana i wyjątkowa, nie rozumiejąc dlaczego mąż jest dla niej taki oschły. Właśnie. Przechodzimy tutaj do egoizmu Onobu, który to objawia się w ten sposób, że chce być kochana bez granic. Siostra Tsudy tłumaczy jej, że przecież od mężczyzny nie można wymagać takiego oddania, że mąż zbytnio ją rozpieszcza, pozwala na zbyt wiele. Oczywiście biorąc pod uwagę, że mamy tu do czynienia z Japonią na początku XX wieku taka postawa względem mężczyzn, którzy wierni być po prostu nie muszą, wcale nie dziwi. Z tego punktu widzenia chęć bezwzględnego oddania męża może wydawać się nieco egoistyczna. Egoizm Onobu widać jednak jeszcze na innej płaszczyźnie. Nawet mi – współczesnej kobiecie, wydało się lekko bezduszne, że ta kobieta mimo, iż oficjalnie uznawała wagę sytuacji, czyli konieczność operacji męża, jakoś wciąż próbowała mu pokazać, że przez niego nie może wybrać się do teatru z wujostwem, a oni przecież tak serdecznie ją zapraszali. Ostatecznie poczekała, aż operacja się zakończy i pojechała na przestawienie. Onobu charakteryzuje dość nietypowa jak na tamte czasy potrzeba niezależności. I w tym względzie, znów biorąc pod uwagę czas i okoliczności przyznaję, że może wydawać się egoistyczna. Z drugiej jednak strony zastanawiam się, czy jej chęć zadowolenia siebie, nie jest odpowiedzią na oziębłość męża. Jeśli nie czuje się ważna w jego oczach, sama dba o to, by było jej dobrze tu i teraz, bo przecież chyba lepsze to niż siedzenie w kącie i użalanie się nad sobą. Mimo sytuacji, w których ma na uwadze tylko siebie, w jej głowie całkiem często pojawiają się myśli o tym, że zrobiłaby wiele, by jej mąż był z niej zadowolony, by wzbudzić w nim miłość.
I w końcu Kiyoko postawiona na drugim końcu tej czarno białej wyliczanki. Czy ona jest ich przeciwieństwem? W moim osobistym odczuciu nie. W żaden sposób nie stawiałabym jej wyżej niż Onobu. Nie mamy okazji dokładnie jej poznać, jednak fakt, że zerwała kontakty z Tsudą i poślubiła innego mężczyznę nie przyczynia się do uznania jej za altruistkę. Poznajemy ją nieco bliżej w momencie, kiedy Tsuda po wyjściu ze szpitala jedzie do gorących źródeł za namową żony szefa, pani Yoshikawa. Ona będąc swatką w przypadku pierwszej, jak i drugiej kandydatki dla Tsudy zdaje sobie sprawę z uczucia jakie wciąż na dnie serca skrywa Yoshio. Wie, że jego pierwsza narzeczona przebywa na rekonwalescencji w ośrodku w górach i wysyła chorego w to samo miejsce, żeby zdołał uporać się z demonami przeszłości. Tsuda spotyka Kiyoko, po tym jak mówiąc, że przesyła kosz z owocami i pozdrowienia od pani Yoshikawy wprasza się niejako do jej pokoju. Jest zachwycony dziewczyną, stwierdza, że nic się nie zmieniła. Żal aż serce ściska, gdy siedzi z nią na werandzie i stwierdza, że gdyby jego żona zachowała się w ten albo w inny sposób, to by go irytowała i tłumaczyłby sobie jej zachowanie tak, że stanowiłoby jej wadę, ale kiedy tak samo postąpi Kiyoko on uważa to za urocze i stwierdza, że taka po prostu jest. Przypuszczam, że niejednemu ta scena spotkania Yoshio i Kiyoko mogłaby wydawać się romantyczna, dla mnie była druzgocąca. Z jednej strony starałam się wczuć w zakochanego mężczyznę. Przecież miłość ma to do siebie, że kocha się pomimo wad, a nie za zalety, że na wszystko patrzy się przez różowe okulary i niekiedy ma się wręcz klapki na oczach. Z drugiej strony czytając każdą linijkę czułam się jak zraniona Onobu, która kochała i chciała być kochana, a w zamian dostała… nic. Takie nic od osoby, którą się kocha potrafi bardzo boleć.
Ale wróćmy do Kiyoko. To, że Tsuda zachwyca się tym, że pozwala przejąć mu inicjatywę, że nie „papla” nieproszona, nie jest nachalna i tym podobne, wcale nie świadczy według mnie o tym, że jest mniej egoistyczna i zapatrzona w siebie. Nie trudno pozwolić się uwodzić, jeżeli partner wykazuje taką chęć. Przecież Tsuda z własnej nieprzymuszonej woli okazuje jej zainteresowanie, nie ma więc potrzeby, żeby ona o nie dodatkowo zabiegała. Co się tyczy Onobu, ona nie może liczyć na taki luksus. Okruchy zainteresowania ze strony męża musi wydzierać pazurami. Trudno więc jednoznacznie ocenić postawę tych dwóch pań według tej samej miary.
Zostawiając wreszcie trójkę związaną ze sobą skomplikowanymi więzami miłości, na uwagę zasługują jeszcze dwie postaci. Pani Yoshikawa i Kobayashi, przyjaciel Tsudy z młodości, którego teraz traktuje bardziej jak wroga. Pani Yoshikawa zaskakuje niezależnością. To ona gra pierwsze skrzypce w małżeństwie Yoshikawa. Sama podkreśla w rozmowie z Tsudą, że traktowanie jej i męża jako jedność to głupota. Mamy więc do czynienia z silną, wpływową kobietą, która sama podejmuje niejedną inicjatywę. Co do Kobayashiego jest to dziwaczna postać. Sōseki bardzo często porusza tematy biedy i odrzucenia, jako, że sam się z nimi borykał. Kobayashi jest przykładem człowieka, który nie ma już nic do stracenia. Przez los jaki zgotowało mu życie wydaje się być całkowicie sfrustrowany, a jednocześnie twierdzi, że ma przewagę nad ludźmi, którzy posiadają dobra materialne, bo nie jest ich więźniem. Nie musi się niczego obawiać, więc nie musi dbać chociażby o pozory w społeczności, w której żyje. Sprzeczność stanowi jednak fakt, że mimo, iż niczego się nie boi nie ma wyboru jaki mają ludzie posiadający pieniądze. To życie dyktuje mu warunki.
Jeśli mowa o Kobayashim, warto przytoczyć tutaj list, który dał Tsudzie do przeczytania. Nadawcą był jego znajomy, który pisał o swojej samotności, niezrozumieniu przez otoczenie o tym, że przez wyrachowanego wuja jego istnienie zostało sprowadzone do maszyny która codziennie wstaje by wykonywać cudze polecenia. Bez celu, bez marzeń, bez własnej świadomości istnienia. Pisał on, że gdyby tylko na tym świecie pojawiła się osoba, która poczuje współczucie względem niego, będzie to świadczyło o tym, że jest jeszcze człowiekiem, że jest istotą która ma jakąś wartość. Wzruszający był to list, mówiący o wykorzystywaniu ludzi dla własnej wygody i pozbawianiu ich człowieczeństwa.
Porzucając rozważania nad fabułą utworu muszę jeszcze powiedzieć o jednej rzeczy, która zmusiła mnie do zastanowienia. Mianowicie – styl. Momentami ciężko czytało mi się książkę ze względu na… na styl właśnie :) Nie mogłam dojść do tego, czy takie utwory jak „Jestem kotem”, „Sedno rzeczy” były napisane innym językiem, czy może to kwestia obróbki tekstu po tłumaczeniu. Wniosek mój jest taki, że to jednak kwestia korekty. Język japoński charakteryzuje się kompletnie innym szykiem zdania niż język polski więc kompletnie nie dziwi mnie, że praca przy tłumaczeniu tekstu japońskiego polega na dwukrotnym przekładzie. Z japońskiego na polski i z polskiego na polski, który wydaje się jasny, logiczny i nie męczy. Tego ostatniego miejscami mi zabrakło i dlatego zdania wielokrotnie złożone, uzupełniane wtrąceniami a la „nawiasem mówiąc” czasem utrudniały mi odbiór, bo musiałam mocno skupiać się nad ich sensem. No ale na to już nic nie poradzimy.
Na sam koniec chciałam wyrazić ogromną radość i wdzięczność, że powieść „Światło i mrok” miała szanse ukazać się w polskim przekładzie. Pomysł na jej wydanie za sprawą wydawnictwa „Psychoskok” musiał zapewne wypłynąć od tłumaczki, którą w związku z tym podziwiam za ogrom pracy jaki włożyła w tłumaczenie tak długiej (jak na japońskie warunki) pozycji. Jakiś czas temu ubolewałam nad faktem, że twórczość Sōsekiego jest tak uboga w polskie przekłady. Teraz jestem naprawdę szczęśliwa, że polscy czytelnicy mogą dość dobrze zapoznać się z dorobkiem tego autora.

Kobieta, którą porzuciłem – Shūsaku Endō

kobieta, którą porzuciłemI znów wróciłam do Endō. Zaczęłam też zastanawiać się nad całym jego dorobkiem. Przypomniała mi się dyskusja z komentarzy przy okazji „Kawki nad morzem” Murakami’ego. Litera powiedziała wtedy, że choć każda książka Murakami’ego jest trochę inna to ma wrażenie, że każda jest jednak o tym samym. I uświadomiłam sobie właśnie, że to samo można powiedzieć o powieściach Shūsaku Endo. Niby każda opowiada inną historię, są inne wątki, inaczej poprowadzona fabuła, a jednak każda książka opowiada o dziecinnie szczerej wierze w Boga. Choć przyznaję otwarcie, że tak właśnie jest, a co za tym idzie, niejeden powiedziałby, że książki tego pisarza musza być nudne, to jednak lubię Endō za jego własną myśl filozoficzną (bo całkowicie katolicka to ona raczej nie jest).
„Kobieta, którą porzuciłem” opowiada historię mężczyzny imieniem Yoshioka i kobiety imieniem Morita. Trudno powiedzieć kogo bardziej i kto jest głównym bohaterem tej powieści. Poznajemy biednego jak mysz kościelna studenta, choć z wartościami Kościoła nie wiele ma wspólnego. Wraz ze swoim współlokatorem zarabiają pracując dorywczo, marzą o pieniądzach i kobietach. Płatna miłość przekracza ich możliwości finansowe, nasz student postanawia więc spróbować swoich sił w uwodzeniu. Choć słowo „uwodzenie” jest sporym nadużyciem z mojej strony. Czytając gazetę o gwiazdach kina natrafia na list czytelniczki, która pragnie skontaktować się z wielbicielami swojej ukochanej aktorki. Yoshioka wysyła list i niebawem dochodzi do pierwszego spotkania z kobietą. Gburowatość, gruboskórność i chamstwo mężczyzny według mnie nie znają granic, ale ta naiwna dziewczyna zdaje się niczego nie zauważać. Zachwycona, że odezwał się do niej „szanowny pan student” idzie za nim jak wierny kundel. A pan student zobaczywszy tę prostą, niezbyt elegancką dziewczynę z prowincji zamiast miłości zapałał do niej pogardą. Cóż jednak było robić? Chciał kobiety, poza tym na domiar złego po drodze spotkali kolegę z uczelni więc wstyd byłoby, gdyby nie dostał od niej tego czego oczekuje się od kobiety. Zaprowadził więc głupiutką dziewczynkę do obskurnego hoteliku i między „siedź cicho” ,„co się tak wleczesz” itp. wplótł „zakochałem się w tobie” i liczył na jej uległość. Dziewczyna nie chciała z nim pójść, więc rzecz jasna – obraził się. Podreptała za nim niemalże kuląc ogonek, a on zaczął opowiadać o chorobie jaką przeszedł w dzieciństwie, że teraz lekko utyka i kobiety go nie chcą. Zauważył, że gdy tylko robi z siebie ofiarę to dziewczyna staje się mu przychylniejsza, nie może bowiem znieść czyjegoś smutku i cierpienia. Przy drugim ich spotkaniu ulega obłudnikowi, mimo bólu jaki czuje w trakcie stosunku. On kończy bardzo szybko to co zaczął i stwierdza, że nawet nie dało mu to odpowiedniej satysfakcji, po czym opuszcza dziewczynę i wyprowadza się z dotychczas zajmowanego pokoiku. Tak oto właśnie narodziła się „Kobieta, którą porzuciłem”. Losy tej dwójki śledzimy w urywkach dalej.
O czym jest więc ta powieść? O kobiecie, która nie ma pojęcia kim jest Bóg, która żyje jak dziecko, bo ma serce małego dziecka. Nie potrafi patrzeć na smutną twarz kogokolwiek. Rezygnuje ze swoich marzeń, na które ciężko pracowała, bo ktoś akurat potrzebuje pieniędzy, a ona nie może znieść faktu, że mogłaby dać mu uśmiech, ale przez egoizm miałaby tego nie robić. Jest to także obraz kobiety niezwykle samotnej, która za wszelką cenę pragnie miłości. Jakiejkolwiek, ale miłości. Dlatego kurczowo trzyma się „pana studenta” nawet, gdy jego już nie ma. Ostatecznie odnajduje miłość i spokój. Nie u boku mężczyzny jednak, a w szpitalu, w którym pomaga ludziom chorym na trąd. Ludziom, których wszyscy się brzydzą, których wszyscy opuszczają i których nikt już nie kocha. Ona pokochała właśnie ich i dostała od nich upragnioną miłość. Morita Mitsu jest szczera i niewinna niczym dziecko. Niczego nie kalkuluje. I to właśnie czyni z niej człowieka, o którym nie da się zapomnieć. Nawet siostra zakonna, która z nią pracuje stwierdza, że gdyby Bóg zapytał ją jakim człowiekiem chciałaby się stać, to odpowiedziałaby, że takim jak Mirita Mitsu.
A jaki wpływ owa kobieta miała na Yoshiokę? Dla niego na pewno niezrozumiały. Wciąż powtarzał sobie, że jest mnóstwo mężczyzn, którzy w ten sposób postąpili. Może nawet większość. Chce o niej zapomnieć, zwłaszcza, że poznaje elegancką kobietę i w końcu się żeni. Nie jest jednak w stanie wymazać z pamięci dziewczyny, której dobroduszność irytuje go d granic możliwości, napawa go wstrętem i odrazą, a jednocześnie wypala jakieś ogromne piętno samotności w jego sercu. Często wspomina ją i zastanawia się co też mogło się z nią stać. W końcu dowiaduje się o jej losach i choć ma już żonę i swoje własne, wygodne, małe szczęście wciąż czuje się samotny myśląc o Morita Mitsu.
Bohaterowie powieści są dość typowi jak na Endō. Ten, który stoi po stronie Boga – naiwny, szczery, dobry, nieznoszący cudzego nieszczęścia, wydający się trochę głupawym nawet. I ten, który na niego patrzy – poirytowany, czujący odrazę, nie mogący pojąć tego zachowania. Endō wyraźnie zdaje się wskazywać, że ta negatywna postawa jest wynikiem nieuświadamianej sobie przez bohatera zazdrości o sens życia, którego brak ludziom nie kierującym się w życiu miłością bliźniego.
„Kobieta, którą porzuciłem” nie należy raczej do entuzjastycznych, lekkich powieści. Większość czasu jest czytelnikowi jakoś przykro, niezależnie od tego czy poruszany jest akurat wątek Mitsu, czy Yoshioki. Nie można jednak powiedzieć, że powieść jest całkowicie dołująca. Daje bowiem nadzieję na odnalezienie szczęścia w trudach życia. Szczęściem tym jest miłość.

Kobieta z wydm – Kōbō Abe

kobieta z wydmChoć „Kobieta z wydm” jest chyba najbardziej znaną w Polsce pozycją Kōbō Abe zawsze wydawała mi się nie tak fascynująca i wciągająca jak chociażby „Czwarta epoka”, czy „Schadzka”. Dlaczego? Bo jak na Abe jest najmniej abstrakcyjna. Nie ma w niej aż tylu niedorzeczności, motywów, które trudno pojąć co w wymienionych później przeze mnie powieściach autora. Kobieta z Wydm jest raczej „przejrzysta”. Nie znajdziemy w niej też jakiejś super zawrotnej akcji, raczej jest to ciągła walka rozgrywająca się w głowie samego bohatera. Tym razem jednak czytając „Kobietę z wydm” głębiej poczułam jej sens.
Bohaterem powieści jest pewien nauczyciel, który zajmuje się poszukiwaniem nowej odmiany owada z rodzaju Cicindela, gdyż liczy na to, że dzięki temu jego nazwisko zapisze się w historii. Bierze urlop w pracy i wyrusza na wyprawę, na której ma zamiar przemierzyć nadmorskie wydmy. Na miejscu odnajduje wioskę położoną pośrodku rozległego piaszczystego terenu, w której decyduje się spędzić noc. Mieszkańcy proponują mu dom pewnej samotnej kobiety, zagłębiony w jamie i otoczony zewsząd piaskiem. Wchodzi do środka po sznurowej drabince, by nazajutrz odkryć, ze drabinki nie ma. Zwarzywszy na fakt, że wykonana jest ze sznura domyśla się, że wyciągnięto ją z góry, a więc sprawcami zamieszania są ludzie z wioski, a nie mieszkająca w jamie kobieta. I tutaj rozpoczyna się dramat mężczyzny przymusowo uwięzionego w piaskowym dole, z kobietą, która potulnie jak baranek godzi się na bezsensowne oczekiwania wioski. Do ich wspólnych zadań należy bowiem usuwanie osypującego się na dom piasku i to zadanie ma stanowić od teraz sens życia kobiety i mężczyzny. On jednak nie może zrozumieć jakim prawem został uwięziony, dlaczego kobieta godzi się na życie w tej piaskowej klatce i wreszcie po co w ogóle istnieją takie domy i taka wioska, której celem jest codzienne wyciąganie piasku, który jej zagraża. Nauczyciel absolutnie nie może pogodzić się z takim stanem rzeczy, za wszelką cenę próbuje uciec. Obmyśla plany i strategie. Postanawia np. w ramach protestu zaprzestać wydobywania piasku, jednak okazuje się, że kiedy on i kobieta przestają kopać nocami, ludzie mający władze w wiosce przestają dostarczać im wodę do picia. Pokonany musi się poddać i pokornie wrócić do życia wedle narzuconych reguł. Nie przestaje jednak planować ucieczki. Pewnego razu wydostaje się z jamy, jednak mieszkańcy biegnąc za nim kierują go na ruchome piaski, gdzie zmuszony jest błagać ich o litość i o uratowanie mu życia.
Smutna wydaje się to powieść, nasz bohater nagle znajduje się w świecie, w którym obce jest pojęcie „wolna wola”, a narzucone zasady i cele wydają się kompletnie niedorzeczne. Jak więc żyć w takich okolicznościach? Czy da się z nimi pogodzić? Czy da się funkcjonować w tak spartańskich warunkach i nie zwariować? Abe daje nam pewien klucz do rozwiązania tej trudnej sytuacji. Tajemnica tkwi w poczuciu sprawstwa, ujętym przez Abe jako „bilet powrotny”. Pod koniec powieści bohater ma bowiem szanse uciec z wioski. Wszyscy zaabsorbowani są kobietą, która poroniła, i którą należy jak najszybciej zawieść do szpitala. W amoku zostawiają drabinkę sznurową, więc mężczyzna bez przeszkód mógłby teraz uciec. Czemu więc decyduje się zostać? Ponieważ jakiś czas wcześniej odkrył prymitywne w swojej budowie urządzenie, które pozwala na gromadzenie czystej wody z wilgotnego piasku. Od tej pory wie, że nikt nie może stawiać mu już warunków, nikt nie może go szantażować przerwaniem dostaw wody. To właśnie sprawia, że mimo, iż warunki jego życia nie uległy żadnej zmianie, decyduje się pozostać w wiosce. Tym razem jednak jest to jego własna decyzja, a on czuje, że ma władze i kontrolę nad swoim życiem. Wydaje się więc, że przestaje już postrzegać jako bezsens godzenie się na takie życie, bo nagle otaczający go świat jest jego światem, światem, w którym ma coś do powiedzenia.
Lektura „Kobiety z wydm” niejednym mogłaby się wydać niełatwa, albo mówiąc wprost nudna. Warto jednak poświęcić jej czas dla zrozumienia tej istotnej kwestii w życiu człowieka jaką jest poczucie kontroli nad własnym życiem, które daje nam motywacje i koi nasze nerwy. Nie można też odmówić pomysłowości Kōbō Abe, który swoje przesłania prezentuje zupełnie inaczej niż większość współczesnych mu japońskich pisarzy. Porzuca naturalizm i czerpanie inspiracji z własnego życia, zastępując je innowacyjnymi pomysłami i abstrakcją bliższą Kafce niż jego rodakom.

Dziennik szalonego starca. Niektórzy wolą pokrzywy – Tanizaki Jun’ichirō

dziennikStanęłam przed półką i zastanawiałam się co by tu teraz przeczytać. Pomyślałam sobie, że kilkukrotnie na blogu wspominałam o Tanizakim i nawet pisałam, że jest to jeden z moich ulubionych pisarzy. Dlatego też pomyślałam, że czas napisać kilka słów o jego książkach. Na wstępie jak zawsze to co się tyczy całej twórczości autora i garstka moich zachwytów.
Tanizaki Jun’ichirō to w mojej ocenie wariat jakich mało. Jego szaleństwo widać zarówno w twórczości jak i w życiu. O mój Boże! Gdybym znała go osobiście… Hm… Z jednej strony chciałabym uciekać przed nim gdzie pieprz rośnie, bo to człowiek nieobliczalny i nie wiadomo czego się po nim spodziewać. Z drugiej zaś strony fascynowałoby mnie jego szaleństwo, wyjątkowa wyobraźnia, talent, a przede wszystkim wiara w słuszność tego, czego chce i siła ducha. Jego książki kocham właśnie za wyobraźnię i wariactwo.
„Dziennik szalonego starca”, powieść wyróżniona Wielką Nagrodą Artystyczną Mainichi, prawdopodobnie cenić można za wierne sprawozdanie ze starości. To co rzucało mi się w oczy to ogrom nazw leków, które przyjmuje główny bohater, specjalistycznych zabiegów i dokładny opis jego dolegliwości. Niejeden młody człowiek powiedziałby „nuuuda”. Tak i nie. Sama nie miałam pojęcia co to za leki, a podawanie ich nazw uznałabym wręcz za zbyteczne, a jednak tak nie myślę, gdyż cała ta „chorobowa” oprawa nadawała pewnego klimatu, w którym szaleństwo naszego bohatera stawało się jeszcze wyraźniejsze. I możemy nazywać to szaleństwem, a z drugiej strony zastanawiam się, czy to nie jest tak, ze każdy z nas ma w sobie jakieś tęsknoty, ukryte pragnienia, które całe życie chowamy gdzieś głęboko, przeświadczeni, że nie pasują do sztywnych norm narzuconych nam przez wychowanie i odbiór społeczeństwa. Kiedy jednak człowiek się starzeje to wie, że nie ma już nic do stracenia, może wtedy stać się prawdziwym egoistą, który poświęca się spełnieniu swoich własnych pragnień, nie zważając na ocenę otoczenia. Kiedyś zastanawiałam się dlaczego tak często zdarza się, że gdy siadam w autobusie koło jakiejś starszej osoby ona zaczyna ze mną rozmawiać i nie przejmuje się tym, że przecież nie wie, czy ja mam na to ochotę. Początkowo myślałam, że popycha ją do tego ogromna samotność, teraz jednak myślę, że jest to po prostu starość. Starość, która pozwala nie przejmować się ograniczeniami młodych, pozwala na robienie tego na co się ma ochotę, przynajmniej w granicach możliwości fizycznych, które pozostawił jeszcze upływający czas. Tak też jest z głównym bohaterem „Dziennika szalonego starca”. Starość pozwala mu nie hamować swoich potrzeb. Widzimy więc nieco zgryźliwego, upartego staruszka, który trzyma się życia dzięki potrzebie bliskości, podniecenia, a może po prostu zwykłym wspomnieniom młodości. Zaskakujące byłoby jak na Tanizakiego, gdyby historia ta była zbyt grzeczna. Oczywiście można się zastanawiać, czy staruszek targany namiętnościami nie jest wystarczająco „niegrzeczny”, ale kiedy dodamy do tego jeszcze obiekt jego westchnień jakim jest jego własna synowa mamy już mieszankę wybuchową, godną autora. Początkowo czytelnikowi postać synowej wydaje się jakaś niesmaczna. Cóż za zepsuta, rozpustna kobieta – tak sobie myślałam. Dla pieniędzy i wpływów w rodzinie posuwa się do tak strasznych, obrzydliwych czynów. Potem jednak odkrywamy, że paradoksalnie robi to z dobrego serca. Takie są zalecenia lekarza, popycha ją do tego także mąż. A ona sama? Nagle widzimy, że sprawia jej to ból, nie jest tak obojętna na „obrzydliwość” jak się nam początkowo wydawało, a kosztowności i inne zyski są jakby efektem ubocznym. Powieść nie stanowi więc tylko portretu starego człowieka, ale według mnie ważny jest również obraz kobiety w potrzasku między własną godnością, oczekiwaniami starca i oczekiwaniami reszty rodziny.

Ta druga historia „Niektórzy wolą pokrzywy” jest już zupełnie inna. Nie mówi o życiu starego człowieka, a stanowi rozprawę na temat trudności związanych z rozwodem dwojga młodych ludzi, którzy choć są małżeństwem stali się dla siebie prawie obcymi ludźmi. Chociaż nie można pominąć dość wyraźnie nakreślonego wątku teścia i jego o trzydzieści lat młodszej kochanki Ohisy, co jakby koreluje z „Dziennikiem szalonego starca”. Najważniejszy jednak w powieści jest wspomniany już przeze mnie rozwód Kaname i Misako. Są oni zdecydowani by się rozstać, gdyż nic ich nie łączy. Kaname od wielu wielu lat nie interesuje się żoną jako kobietą, a ona zrozpaczona tą sytuacją w końcu poznaje mężczyznę, który okazuje jej zainteresowanie. Sprawa nie jest jednak prosta, a to za sprawą jakby się wydawało przede wszystkim charakteru Kaname. Niby cały czas mówi się o tym jak to „oni” są niezdecydowani, ale według mnie winowajcą jest mąż, który nad wszystko ceni sobie unikanie jakichkolwiek konfrontacji i stresów. Obawa przed podjęciem „męskiej decyzji” napędza przedziwną sytuację, która według mnie staje się jeszcze bardziej kłopotliwa dla małżonków niż sam rozwód załatwiony od razu. Kaname i Misako męczą się ze sobą, niby grają w otwarte karty, mąż pochwala zdradę żony, popycha ją w ramiona tamtego, a jednak wszystko jest sztuczne i pełne pozorów. Udają przed dzieckiem, przed teściem, przed sobą nawzajem. W ich otoczeniu jest jeszcze kuzyn, który czasami składa im wizytę, gdy akurat przyjeżdża z Chin do Japonii. W moim odczuciu jest on jedyną rozsądną postacią tej książki. Trudno może oceniać mi Misako, bo mając takiego męża i takie doświadczenia trudno oczekiwać po niej pewności siebie i zdecydowania. Takanatsu, czyli wspomniany wcześniej kuzyn, początkowo próbuje pomóc małżonką w ruszeniu naprzód, w podjęciu konkretnych kroków, ale widząc, że Kaname zdecydowany jest na „pozostawienie wszystkiego swojemu naturalnemu biegowi” poddaje się. Nie można w końcu pomóc ludziom , którzy nie widzą, że tej pomocy potrzebują i czekają, aż wszystko w magiczny sposób samo się rozwiąże. Zapewne widać z tego co napisałam wyżej, że postać Kaname nie budzi mojej sympatii i gdybym miała przypiąć mu jakąś „łatkę” to nazwałabym go egoistycznym tchórzem. Zaskakujące jest dla mnie też to jak dobrze dogaduje się on ze swoim teściem, człowiekiem starej daty. Tutaj pojawia się jeszcze jeden temat, tak charakterystyczny dla Tanizakiego, a więc przejście od pochwały kultury Zachodu, ku uwielbieniu tego co tradycyjnie japońskie. Kaname jest bowiem człowiekiem nowoczesnym, jego żona podobnie, oboje czują się ludźmi nowych czasów, choć im dalej brniemy w powieść tym częściej widzimy, że jest to dość powierzchowna ocena. Kaname ubolewa nawet nad brakiem kultu kobiety w kulturze rodzimej, który tak urzeka go np. w filmach zachodnich i choć uważa je za nieco wulgarne to sądzi, że kobiety tam ukazane są mu bliższe od tych z twórczości okresu Tokugawów – tak łagodnych, czułych i wylewających łzy u stóp mężczyzny. Według niego te drugie nie są takimi przed którymi mężczyzna miałby padać na kolana. W końcu jednak główny bohater orientuje się, że idealną towarzyszką jego życia byłaby kobieta tradycyjna, taka jak lalka z teatru bunraku. Zaczyna dostrzegać urok Ohisy, która odbiera staroświeckie wychowanie od teścia Kaname. Rozszerzeniem pochwały tego co japońskie są również rozważania na temat mroku panującego na scenie, czy obszerny wykład dotyczący przewagi toalety japońskiej nad europejską. Na temat tych samych rzeczy Tanizaki napisał 4 lata później cały esej zatytułowany „Pochwała cienia”, a jak widać jego przemyślenia zrodziły się wcześniej i znalazły sobie miejsce już w „Pokrzywach”.
W obu powieściach można też zauważyć jakąś wzmiankę o matkach głównych bohaterów. Zgodnie z podejściem samego Tanizakiego do własnej matki wyobrażenie matek powieściowych nie różni się zbytnio od pani Tanizaki. W obu przypadkach są to kobiety tradycyjne, drobne, rozmiłowane w sztuce i stanowiące ideał kobiety w ogóle.
Jest jeszcze drobna ciekawostką, która nie jest bynajmniej istotna z punktu widzenia całej powieści, ale zawsze tego typu wzmianki rozczulają moje serce. Warto więc wspomnieć, że prostytutka, do której chodzi Kaname, i której obiecuje wciąż nowe życie, w duchu powtarzając, że więcej się u niej nie pojawi (ach! jakież to charakterystyczne dla takiego tchórza!) opowiada mu nieco o sobie. Wspomina przy tym, że urodziła się w Polsce, ale w wyniku wojny musiała wyjechać do Rosji, potem jeszcze dalej, aż znalazła się w Japonii. Śmieszne to może, że o tym wspominam z takim namaszczeniem, ale czyż nie miło przeczytać, że w tak odległym kraju, tyle lat wstecz ktoś pomyślał o Polsce?
Na zakończenie moich długich wywodów chciałbym jakoś krótko podsumować książkę i być może zachęcić potencjalnego czytelnika do sięgnięcia po tę pozycję. Powiedziałabym tak: Literatura piękna tak szalona, że nikt chyba nie będzie się przy niej nudzić i liczyć strony do końca.

Głęboka rzeka – Shūsaku Endō

glebokarzekaPrzyszedł u mnie czas na odgrzebanie ze sterty książek zupełnie innej pozycji. Tym razem zdecydowałam się na lekturę wyjątkowo wciągającą, bo za taką właśnie uważam twórczość Shūsaku Endō, o którym śmiało mogę stwierdzić, że jest jednym z moich japońskich ulubieńców. Książki tego pisarza nie są łatwe zwłaszcza w dzisiejszym świecie europejskim, gdzie kwestie religii są tematem przestarzałym i niewygodnym. Gdyby twórczość Shūsaku chcieć jakoś zaszufladkować, z pewnością należałoby ją ująć jako „twórczość o tematyce chrześcijańskiej”. Możliwe, że byłoby to nieco krzywdzące ze względu na uogólnienie, bo jest wiele argumentów przemawiających za tym, że pisarz ten wykracza poza kojarzące się z takim stwierdzeniem proste obrazowanie prawd wiary. Jednakże Shūsaku pisze o Bogu. To co jest dla mnie niezwykle interesujące i urzekające wręcz w lekturze jego dzieł to sposób rozumienia wiary katolickiej. Pisarz był neofitą, przyjął chrzest za sprawą matki w wieku 11 lat, po roku uczęszczania na lekcje religii. Niewiele z tego rozumiał i nie potrafił odnaleźć się w tej „nowej wierze”. Dopiero z czasem zaczął wierzyć szczerze, ale czy zupełnie zgodnie z tym co przekazywano mu na lekcjach religii? To sprawa dość otwarta. Shūsaku był katolikiem, tego nie można podważyć. Jednak pojmował wiarę na swój sposób, nie był jedynie odtwórcą narzuconej mu roli, ale stał się prawdziwym filozofem Boga. W wielu jego utworach łatwo zauważyć dylemat jaki go dręczył – czy Japończyk rzeczywiście ma przyjmować wiarę chrześcijańską taką jaką przedstawiają Europejczycy, czy może jednak w realiach orientu ona się po prostu nie sprawdza i choć sama w sobie jest słuszna, czy nie należałoby jej dostosować do kultury Dalekiego Wschodu? „Głęboka rzeka” jest jednym z najlepszych przykładów utworu wyrażających ten dylemat. Powieść skonstruowano w ten sposób, że grupa obcych sobie ludzi wyjeżdża razem z biurem podróży na wycieczkę do Indii. Każdy ma swój osobisty powód, dla którego decyduje się na taką wyprawę. Wraz z rozwojem akcji poznajemy życiorysy poszczególnych uczestników i widzimy jak każdy z nich przez całe życie czegoś szukał. Może inaczej – jedni szukali, inni dowiadywali się, że to „coś” znaleźli dopiero wtedy, gdy to stracili. Chodzi o miłość, ale bynajmniej nie o miłość kobiety i mężczyzny, a o miłość w szerszym znaczeniu, w którym uczucie damsko-męskie jest zaledwie składową. Każdy z nich na swoich barkach niósł też ogromny bagaż cierpienia. Ludzie ci jadą do Indii, gdzie mają okazję zobaczyć Ganges – tytułową „Głęboką rzekę”. Czy o Ganges naprawdę tu chodzi? Według mnie Ganges, czy głęboka rzeka, która przyjmie wszystkich – zmarłych, grzeszników, nawet zdechłego psa i nie odrzuci absolutnie nikogo jest metaforą samego Boga.
Niezwykle istotną postacią jest przyjaciel ze studiów jednej z uczestniczek wycieczki Ōtsu. Mimo, że nie jest jednym z podróżujących jego historię przyjdzie nam trochę lepiej poznać. Podobnie jak sam autor wychowany jest w duchu chrześcijańskim przez matkę, ale początkowo nie jest przekonany czy to co mu wpajano tak naprawdę jest słuszne. Dopiero odrzucenie popycha go można by rzec „w ramiona Boga”. Nie jest to dla niego łatwa droga, gdyż pojmuje Boga w sposób niezrozumiały dla chrześcijaństwa europejskiego. Nie odrzuca bowiem innych religii, nie wywyższa chrześcijan nad inne wyznania. Twierdzi, że Bóg jest jeden i każda religia wierzy w tego samego Boga, jedynie przez ułomność przekazu ludzkiego powstały rozbieżności, które teraz powodują waśnie. Uznany zostaje oczywiście za heretyka, jednak ten nieśmiały, sprawiający wrażenie życiowej ofiary człowiek okazuje się jednocześnie niezłomny i silny. Nie porzuca swojej „cebuli” jak zwykł zwać Boga i podąża jego ścieżką. Choć poniżany, samotny, cierpiący jednak uśmiechnięty i roztaczający wokół siebie aurę niezrozumiałej potęgi. Ostatecznie trafia właśnie do Indii, gdzie po prostu służy ludziom, nie bacząc na to jakiego są wyznania. Mieszka, opiekuje się Hindusami i pomaga im w ostatniej wyprawie do Boga – głębokiej rzeki Ganges.
Shūsaku odnajduje nawet pewne analogie w wierze chrześcijańskiej i hinduizmie. Wyróżniony zostaje wizerunek hinduskiej bogini Ćamundy, która na obrazie oglądanym przez turystów przedstawiona została jako stara kobieta, kąsana przez skorpiony, znosząca niewyobrażalne cierpienie, a jednocześnie karmiąca swoimi zwiotczałymi piersiami naród Hindusów. Pisarz sugeruje, że takie obrazowanie jest podobne do wizerunku Chrystusa, który upokorzony, przepełniony bólem bierze na siebie cierpienie ludzi i daje im siłę i moc. To argument potwierdza tezę, że wszystkie religie wierzą w tego samego Boga i żadna z nich nie jest bardziej słuszna od innej.
Odejdźmy jeszcze na chwilę od kwestii samej religii, bo tak jak pisałam stwierdzenie, że na twórczość Shūsaku można patrzeć tylko przez pryzmat wiary byłoby krzywdzące. Myślę, że warto zatrzymać się też na chwilę nad samą konstrukcją książki, która dzięki wielotorowości pozwala czytelnikowi na poznanie różnych zagadnień. Jak już pisałam każdy z uczestników wyprawy ma swoje doświadczenia życiowe, które popchnęły go do wyjazdu. Są one kompletnie od siebie różne, opis każdego więc przypadku czyta się z zapartym tchem. Ciekawy z punktu widzenia Europejczyka wydaje się stosunek Isobego, typowego Japończyka, do żony, który jest tak odmienny od naszego „rozpieszczania dam przez rycerzy”. Z drugiej jednak strony zaczęłam się zastanawiać, czy my po prostu nie wypracowaliśmy jakiegoś wyidealizowanego schematu podejścia mężczyzn do kobiet, a czy w rzeczywistości nie jest on bliższy japońskiemu podejściu, do którego po prostu nie przystoi się nam przyznawać. Choć zdaję sobie sprawę, z tego, że jest to dalece wysunięte przypuszczenie i chyba jednak trochę na wyrost, gdyż Japończycy od wieków znani są ze swojej „oschłości”.
Bardzo poruszający wątek to przypadek Kiguchego, japońskiego żołnierza, który przeżył drogę śmierci w Birmie po kapitulacji Japonii. Wątek ten dotykał mnie być może szczególnie dlatego, że czytając tę historię przed oczami wciąż miałam obrazy Kona Ichikawy „Harfę birmańską”, czy „Ognie polne”. Kino dla widzów z mocnymi nerwami, ale ze względu na przekaz naprawdę warte obejrzenia. Sama historia Kiguchiego, dla tych którzy może nigdy nie słyszeli o drodze śmierci daje zupełnie nowe spojrzenie na Japończyków jako uczestników II wojny światowej. Byli oprawcami, temu nie można zaprzeczyć. Ale sami też przeszli piekło.
Wyjątkowo kobiecy wątek Mitsuko, zrozumiały być może tylko dla kobiet (choć nie chciałabym nie doceniać mężczyzn), która wciąż szuka w sobie zdolności kochania, prawdziwej miłości, którą mogła by komuś ofiarować, ale też prawdziwej miłości, którą mogłaby od kogoś dostać, co prawdopodobnie nauczyłoby ją samą kochać.
Wreszcie wątek mężczyzny, który całe życie odnajdywał przyjaciół w zwierzętach, gdyż tylko one dzieliły z nim trudne chwile, tylko im mógł pokazać co tak naprawdę skrywa jego dusza.
Po krótce tyle powiedziałabym o „Głębokiej rzece” Shūsaku Endō. Po krótce, bo pozycja jest tak przejmująca, że można by na jej temat toczyć rozwlekłe dyskusje. Chodzi jednak o to, żeby każdy przeczytał ją samemu, postarał się nad nią zastanowić, a wtedy któż wie co jeszcze przyniesie refleksja nad tak intrygującym dziełem.

Tysiąc żurawi. Śpiące piękności – Kawabata Yasunari

Tym razem zapragnęłam lektury spokojnej, ktoś może powiedziałby nawet „nudnej”. Dlaczego chcieć czytać coś takiego? I dlaczego wybrałam Kawabatę? Już odpowiadam. Dla mnie literatura to mój mały alternatywny świat, w który uciekam, by odpocząć od tego rzeczywistego. Gdy w życiu przechodzę burzliwy okres pragnę uciec do miejsca, gdzie wszystko jest naturalne, spokojne, może nawet zaryzykowałabym stwierdzenia „zastane”. Gdy u mnie jest nudno to w lekturze chce znaleźć żywe emocje, które zachęcą mnie do szukania ich w rzeczywistości. To odpowiedź na pytanie pierwsze. Ale czemu więc szukając spokojnego, poukładanego świata wybrałam Kawabatę i jego „Tysiąc żurawi. Śpiące piękności”? Bo bardzo dawno już nie sięgałam po tego autora, a w mojej pamięci zajął szufladkę z napisem „piękne, ale trochę nudne”. Jakież było moje zaskoczenie, gdy zaczęłam czytać „Tysiąc żurawii”. Niemal sprawdziłam, czy aby na pewno nie pomyliłam książek. Styl wyjątkowo subtelny, wyrafinowany. Wszystko się zgadza. Ale fabuła? Fabuła wydała mi się przekorna niczym ta, która wychodziła spod pióra Jun’ichirō Tanizakiego. Główny bohater Kikuji wplątany został w jakąś pajęczą nić miłości. I użycie słów „pajęcza miłość” miało podkreślić, że jest to coś niszczącego, złego jak pająk pożerający swoje ofiary, a jednocześnie wzięło się to z miłości, która przecież jest uczuciem czystym, niewinnym i słusznym. Choć gdy teraz tak piszę zastanawiam się również, czy na prawdę mamy tutaj do czynienia z miłością. Może to tylko pożądanie? A może te dwa uczucia są tak mocno ze sobą powiązane, że czasem trudno znaleźć i uzmysłowić sobie ich granicę. Bohaterowie powieści, wszyscy – bez wyjątku, walczą też z pragnieniami, które absolutnie nie chcą być zgodne z tym co podpowiada im rozum. Jakże trudne staje się ich życie, kiedy negują swoje pragnienia sami przed sobą, bo wierzą, że przyzwoitość każe postąpić im inaczej i jakie dramaty przeżywają, gdy jednak dają wygrać pragnieniom. „Tysiąc żurawii” to książka napisana w sposób bardzo subtelny. Co charakterystyczne dla Kawabaty, kończy się w najmniej spodziewanym momencie. Czytelnik pozostaje z dziwnym uczuciem, że niedawno miał jeszcze przyjaciół, z którymi łączyły go jakiejś wspólne sprawy, aż nagle pewnego dnia, niespodziewanie przyjaciele Ci wyprowadzają się i słuch o nich zaginął. Tak bez żadnego przygotowania. A co więc różni książki Kawabaty od Tanizakiego chociażby? To, że ten drugi nie stara się tak mocno tłumaczyć swoich bohaterów. A może po prostu bohaterowie Tanizakiego mniej dumają nad życiem, nie mają tylu rozterek i szybciej podejmują decyzje zgodne z tym co w danej chwili poczują. Mam wrażenie, że to ich czyny przede wszystkim mówią o tym co nimi kieruje. Kawabata zagłębia się bardziej w sferę duchową swoich bohaterów, przedstawia nam ich myśli, szarpiące nimi emocje i może dlatego właśnie w mojej świadomości został zakwalifikowany do tej spokojniejszej kategorii. Teraz jednak zmuszona jestem to zweryfikować, gdyż ponowna lektura „Tysiąca żurawii” wywarła na mnie ogromne wrażenie.
W tej samej książce można leż znaleźć drugi utwór Kawabaty „Śpiące piękności”. Tutaj pamiętałam mniej więcej fabułę więc nie przeżyłam już takiego zaskoczenia. Nie da się ukryć, ze jest to chyba jedna z odważniejszych pozycji tego pisarza. Ale i pomysł dość oryginalny. Pisarz stworzył bowiem dom do którego przychodzą starsi mężczyźni, niezdolni do młodzieńczych uciech i spędzają noc w towarzystwie uśpionych kobiet. Dziewcząt właściwie, gdyż różnica wieku między gośćmi, a „pracownicami” jest raczej niemała. I przy tej okazji chciałabym jeszcze raz nawiązać do nieszczęsnego Murakamiego. Zdaję sobie sprawę, że uczepiłam się tego pisarza jak rzep psiego ogona i nie mogę go zostawić w spokoju, ale jednak muszę tu do niego wrócić. Pod jednym z wpisów przeprowadziłam bardzo ciekawą dyskusję na jego temat, dzięki której rzeczywiście spojrzałam na niego łagodniejszym okiem. Zwłaszcza, że niedawno natrafiłam na jeszcze jedną książkę, u której dopatrzyłam się kilku walorów. Jednakże litera zwróciła wtedy moją uwagę na to, że erotyczne opisy Murakamiego wydawać się mogą polskiemu czytelnikowi wulgarne ze względu na to, że w języku polskim funkcjonuje bardzo niewiele, albo nawet w ogóle nie ma określeń odnoszących się do seksualności człowieka, które mają zupełnie neutralny wydźwięk. I rzeczywiście jest to prawda, język polski nie sprzyja pisaniu o seksie w sposób delikatny. Należałoby więc docenić kunszt tłumacza „Śpiących piękności” (Mikołaj Melanowicz przyp. red.), któremu udało się osiągnąć delikatny, subtelny przekład utworu skupionego wokół seksualności właśnie. Nie można jednak pominąć faktu, że sposób w jaki pisał Kawabata znacznie mu to ułatwił w porównaniu do stylu Murakamiego. Kawabata pisał o miłości cielesnej i nie wcale tworzył przy tym poematów, a jednak nie miałam wrażenia, że rąbie mięso tasakiem na desce i huczy w całym domu. Kawabata bowiem nie odziera seksu z intymności. Mówi o nim całkiem wprost, ale robi to spokojnie, jakby rozmawiał ze mną w zamkniętym pokoju, a nie chwali się na imprezie w towarzystwie cioć i wujków jakich rzeczy udało mu się ostatnio dokonać w łóżku z żoną. Ktoś mógłby powiedzieć, że seks to ludzka sprawa i należałoby o nim mówić swobodnie. I to prawda, ale jest kategoria rzeczy „intymnych” i robienie kupy też jest sprawą zupełnie normalną, ludzką i codzienną, a jednak nie rozmawiam o tym z nikim na spacerze, albo przy gotowaniu zupy, mogę natomiast bez skrępowania porozmawiać o niej z lekarzem, czy z mężem, gdy proszę go o jakieś rozwiązanie problemów żołądkowych. I naturę tej „intymności” właśnie idealnie ukazuje Kawabata, a przy całym szacunku do Murakamiego – on tego nie potrafi.
Podsumowując mogłabym powiedzieć, że moje oczy na nowo otworzyły się na Yasunari Kawabatę. Za sposób narracji ceniłam go zawsze, fabuły wydawały mi się mimo wszystko mało emocjonujące, ale byłam w całkowitym błędzie. „Tysiąc żurawi. Śpiące piękności.” pokazały mi, że jest to pisarz, któremu nie brak fantazji i przekory, czyli tego co dla mnie niezwykle cenne. Polecam więc lekturę tym, którym Nobliści kojarzą się z nudziarstwem. Można się zdziwić.

Japońska opera za trzy grosze – Kaikō Takeshi

Japońska opera za trzy grosze - Kaiko Takeshi
Tym razem zdecydowałam się na „Japońską operę za trzy grosze” autorstwa Kaiko Takeshi. Zastanawiałam się długo od której strony ugryźć tę powieść. Zacznijmy może od tego, że głównym jej bohaterem jest Fukusuke, którego poznajemy na początku powieści jako wyczerpanego z głodu, zrezygnowanego względem życia bezdomnego. Właściwie czeka na śmierć. Z opresji wyciąga go pewna nieznana kobieta, która zupełnie niespodziewanie zaczepia go na ulicy i proponuje, żeby poszedł z nią. Jako przekupstwo i zachętę podsuwa mu pod nos jedzenie. Trudno powiedzieć, czy nasz bohater jest rzeczywiście szczęśliwy i pełen nadziei na lepsze jutro. Raczej decyduje się za nią pójść, bo „i tak gorzej już nie będzie” . Początek powieści był dla mnie mocno przejmujący, opis tego głodnego, sponiewieranego życiem człowieka, bez krzty godności głęboko mnie poruszył. Do tego stopnia, że długo jeszcze nie mogłam pozbyć się jego nędznego, wygłodniałego wyobrażenia, nawet gdy był już w wiosce „Apaczów” i dzielnie sobie radził jako jeden z nich.
Gdy dociera na osiedle zamieszkałe przez życiowych wykolejeńców, którzy utrzymują się ze wydobywania złomu z ruin zbombardowanej fabryki zbrojeniowej, traci swoje dominujące miejsce w fabule książki. Powiedziałabym nawet, że od tego czasu, mimo iż nadal bierze w większości wydarzeń czynny udział, rolę głównych bohaterów przyjmują na siebie wszyscy mieszkańcy tego obskurnego miejsca. To co przede wszystkim rzucało mi się w oczy to potwierdzenie piramidy Maslowa. Ci ludzie nie mają praktycznie nic, a ich jakże prostym, a zarazem ciężkim życiem rządzą najprostsze potrzeby. Wszystko co robią, a pracują naprawdę do ostatnich sił, robią po to by mieć pełne brzuchy. Każdy szuka dla siebie jakiś przyjemnych aspektów życia, które pozwolą się go trzymać za wszelką cenę, a są nimi jedzenie, alkohol i prostytutki. Kiedy nagle pojawia się problem z ich zaspokojeniem ludzie Ci wpadają w panikę. W tej panice decydują się na kroki, które jeszcze jakiś czas temu uznaliby za kompletnie niedorzeczne. Wszystko to w imię walki o życie.
Warto też zauważyć, że społeczeństwo ukazane w powieści wydaje się być bezduszną czarną masą, która działa w pewien określony sposób, według określonych schematów i nawet w imię własnego dobra nie jest wstanie tych schematów pokonać. Wszyscy godzą się z obowiązującymi regułami nie zważając kompletnie dobro jednostki i słuszność tych zasad w ogóle.
Choć powieść ta nie należy do optymistycznie nastrajających pokazuje jednak w doskonały sposób, że życie jako takie jest wartością bezwzględną, a człowiek będzie walczył o jego utrzymanie dopóki tylko będzie miał siły, choćby pogrzebać miał swoje marzenia i honor. „Japońska opera za trzy grosze” nie daje wcale nadziei na sukces, jednak we mnie zostawiła przeświadczenie, że gdy człowiek z pozoru grzebie swą godność, fakt, że walczy w imię takiej wartości jak życie, sprawia, że może chodzić z podniesioną głową.