Aforyzmy japońskie – Akutagawa Ryūnosuke, Hagiwara Sakutarō, Natsume Sōseki, Sakaguchi Ango

aforyzmy japońskie - Akutagawa, Hagiwara, Natsume, Sakaguchi
„Więc błagam cię, Panie, nie czyń mnie biedakiem, co ni ziarna ryżu nie posiada, ani też bogaczem, któremu się przykrzą delicje z niedźwiedziej łapy. Niech się nie ogląda za mną żadna prosta chłopka od siana i grabi, niech mnie nie kochają damy piękne i wytworne. Nie daj mi być głupcem, co ziarna pszenicy nie odróżnia od grochu, a tym bardziej mądrze przenikliwym przepowiadaczem pogody.”
Ten właśnie fragment z otwierającej zbiór „Modlitwy błazna” przekonał mnie, że warto przeczytać go całego. Zazwyczaj nie lubię czytać tomików wierszy, aforyzmów i tego typu „poćwiartowanych” pozycji, gdyż nie zdążę jeszcze dobrze zastanowić się nad jednym utworem, nie zdążę go przeżyć, a już czytam o czymś zupełnie innym. Najlepiej zapamiętuję te wiersze lub sentencje, na które natrafiam przez przypadek – przeczytam jedną, poczuję ją i zapamiętam. Tym razem jednak postanowiłam uczynić wyjątek i właściwie nie żałuję.
„Aforyzmy japońskie” w wyborze Blanki i Kazuo Yomekawa zaintrygowały mnie pod kilkoma względami. Po pierwsze była to dla mnie kolejna okazja do obcowania z autorami, których bardzo sobie cenię – zwłaszcza Natsume i Akutagawa.
Przytoczony przeze mnie na początku wpisu fragment autorstwa Akutagawy jest dla mnie kwintesencją moich obaw w stosunku do życia i właśnie dlatego tak mocno do mnie przemówił. Zresztą nie da się zaprzeczyć, że z pierwszej części tego zbioru, która poświęcona została uczniowi Natsume wyłania się obraz myślącego pesymisty, któremu co rusz życie podkłada kłody pod nogi. Akutagawa nie wydaje się wcale zarozumiały, raczej sprawia wrażenie zawiedzionego światem i życiem, czasami więc bywa zgorzkniały. I w tym kontekście dziwi więc jedna rzecz. Jak się okazało jednym z tematów, któremu poświęcono wiele miejsca w tym zbiorze jest miłość – niezwykle ciekawy temat zważywszy na realia kulturowe. Dla nas Europejczyków temat miłości w ujęciu kultury Wschodu zawsze będzie fascynujący. Jest bowiem siłą rzeczy inny, bo wyrósł na odmiennym od naszego chrześcijańskiego, gruncie. Czy jednak tak bardzo? Zacznijmy więc od początku. Pisałam już o tym kiedyś, dawno temu, ale czas by wrócić trochę do tematu. My (Europejczycy) jesteśmy przyzwyczajeni do miłości romantycznej, wzniosłych ballad, dramatów Szekspira, poezji Leśmiana itd. Widzimy miłość przez pryzmat przygód Romea i Juli. Dla Japończyków temat miłości romantycznej, która łączy dwoje ludzi na zawsze ze sobą, która w wyniku wielkiego uniesienia splata ich codzienność węzłem małżeńskim była kompletnie nieznana. Małżeństwa zawierano dlatego, że rodzice decydowali, iż ta kobieta będzie odpowiednia dla tego mężczyzny. Ale bynajmniej nie liczyli na to, że będą się kochać! Mieli być tylko partnerami, dzielącymi codzienne życie, posiadającymi zdolność wypełniania uzupełniających się obowiązków. Miłość (a może po prostu pożądanie?) kwitła w dzielnicach rozrywki. To tam mężczyźni wzdychali do cudownych gejsz, a one niekiedy do nich. Wraz z Restauracją Meiji w 1868 roku przywędrowało do Japonii nowe, nieznane uczucie – miłość w rozumieniu europejskim. Powoli zapuszczała ona w tym kraju swoje korzenie i dziś chyba nikt nie odważyłby się powiedzieć, że Japończycy nie kierują się nią przy wyborze swojego życiowego partnera. Dlaczego więc napisałam, że miłość w ujęciu Wschodu jest ciekawym tematem? Bo wyrastała na gruncie zdrowego rozsądku. Dlatego też zdaje się, że łatwiej przychodziło Japończykom trzeźwo ocenić to uczucie. Dowody takiej „trzeźwej oceny” znajdziemy właśnie w zbiorze „Aforyzmy japońskie”. Wśród czterech autorów tylko jeden z nich nie pisze o miłości i małżeństwie jak o życiowym zawodzie. I jest nim właśnie Akutagawa, co wydaje się zaskakujące po tym jak stwierdziłam, że był to człowiek nieco zgorzkniały, zawiedziony życiem. Trzeba jednak przyznać, że jego wypowiedzi zawierają obraz najbliższy pięknemu wyobrażeniu o miłości. Znajdziemy oczywiście stwierdzenie, że „kobieta jest dla nas, mężczyzn, życiem samym. Jest, jednym słowem, źródłem i początkiem wszelkiego zła!”, ale z drugiej strony Akutagawa pisze: „Jedną z cech miłości jest krańcowa wrażliwość na widok twarzy podobnych do twarzy ukochanej kobiety i odkrywanie jej w twarzach nieznanych.” lub „Miłość to tylko poetyczne określenie pożądania. Ale pożądanie nie mające w sobie nic z poezji nie jest godne zwać się miłością.”
Jak piszą o tym uczuciu pozostali? Hagiwara Sakutarō podkreśla przede wszystkim, że człowiek podejmuje decyzje o małżeństwie w najmniej odpowiednim momencie – „kiedy płonie” z pożądania, a przecież ono „zadowoli się każdą, byle którą. Ale dusza pragnie tylko jednej – jedynej wybranej.” Zwraca też uwagę na to, jak ograniczony jest nasz wybór. Porównuje poszukiwanie żony do wyboru nowego kapelusza – żeby na jakiś się zdecydować człowiek musi odwiedzić wiele sklepów, przymierzyć dziesiątki kapeluszy, a i tak nie ma pewności, ze będzie zadowolony, z tego na który się zdecyduje. Co tu dopiero mówić o kobiecie – wybranej z pośród kilku spotkanych w życiu. W innym miejscu stwierdza, że „kobieta i mężczyzna są dla siebie wzajem miotłą do zamiatania i sitkiem na grochowy przecier”. W ten sposób pokazuje, że małżeństwo to wzajemna pomoc przy banalnej codzienności, nie mająca nic wspólnego z wzniosłym uczuciem. W pewnym momencie nazywa małżeństwo nawet klęską, o której przypomina obrączka założona na palec „na wrzącym wulkanie namiętności.” Ciekawa wydaje się też jego refleksja na temat literatury w kontekście miłości: „Małżeństwo daje nam zysk – wiedzę o kobiecie. I stratę, bo tracimy wszelkie złudzenia w tym względzie. Pisarz-kawaler nie potrafi pisać o kobiecie. Żonaty poeta natomiast pisać już nie może.”
Natsume Sōseki z kolei zdaje się podkreślać dwa oblicza miłości – dobre i złe. Mówi o tym, że może nieść ze sobą nienawiść, że jest zbrodnią, ale z drugiej strony jest też świętością. Porównuje ją też do odry, którą trzeba przejść w życiu choć raz. Zauważa jednak, że miłości doświadcza się wielokrotnie.
Sagakuchi Ango pisze natomiast o tym jak kobieta i mężczyzna z czasem poznają swoje słabości i wady, jak rośnie w nich nienawiść, kończy się spokój. Według niego naturalnym jest, że ludzie, którzy się kochają równie mocno się nienawidzą. O małżeństwie pisze tak: „Na każdą kobietę przypada jeden mężczyzna, który ją znieść i wytrzymać może, a na każdego mężczyznę jedna kobieta.” i jeszcze: „Miłość jest chwilowym przywidzeniem; nieodwołalnie ginie i gaśnie. Jakie nieszczęśliwe jest serce dojrzałego człowieka, który tę prawdę pojął.”
Taki oto obraz miłości i małżeństwa przedstawiają nam czterej autorzy „Japońskich aforyzmów”. Dołujące? Jak powiedział ten ostatni – oczywiste.
Inną poruszaną przez wszystkich kwestią jest Bóg i chrześcijaństwo. Przyznam, że zaskoczyło mnie to, że każdy z nich poświęcił temu tematowi jakąś część swoich rozmyślań. Z drugiej jednak strony nie ma się chyba co dziwić, że był to dla nich temat dość istotny zważywszy na fascynację Zachodem, którego kultura opierała się na wartościach chrześcijańskich. Właściwie u wszystkich zauważyć można brak zrozumienia dla doktryny Kościoła, sprzecznej niekiedy z orientalnym rozumowaniem. Akutagawa stwierdza między innymi, że chrześcijaństwo to religia romantyczna, której nawet samemu Chrystusowi nie udało się wcielić w życie. Higawara nie zgadza się z interpretacją słów Chrystusa przez Kościół, Natsume natomiast stwierdza, że „woli żywego człowieka, niż martwego Boga” i dostrzega jego oblicze w nędzarzu, złodzieju, żebraku, ale też w naturze i według niego nie ma prócz tego innego Boga.Sakaguchi Ango stwierdza, że „najwybitniejsza osobowość i najwyższe morale w naszym ładzie są – anormalne! W tym kontekście nie różnią się niczym od zła.”
Poza wspomnianymi przeze mnie wątkami, artyści poruszają też inne tematy. Każdy z nich poświęca więcej uwagi czemu innemu. Postanowiłam jednak skupić się przede wszystkim na miłości przy omawianiu tego zbioru, bo jest to dla nich temat wspólny i chyba bliski każdemu. Zachęcam jednak do zgłębienia reszty mądrości japońskich literatów na temat moralności, wojny, pracy twórczej, czy śmierci. Jeśli tak jak ja ktoś lubi zapisywać na karteczkach cytaty, które są dla niego cenne i przyklejać je do ściany to będzie mógł stworzyć swój własny, okazały kolaż.

1Q84 – Haruki Murakami

1q84 Haruki MurakamiO prozie Murakamiego i moim stosunku do niej już pisałam, więc pewnie powinnam zadać sobie pytanie – po co czytam te książki? Odpowiedź jest prosta. Gdybym miała nad nimi przysiąść i przeczytać poświęcając temu całą moją uwagę to stwierdziłabym, że szkoda mi na nie czasu, ale pracując potrzebuję czegoś co zajmie moją znudzoną głowę. Dzięki Audiotece mam do dyspozycji audiobooki, a wśród nich szereg pozycji Murakamiego. Poza tym jest jeszcze kwestia tego, że jeśli pozwalam sobie coś krytykować to muszę to znać i wiedzieć o czym mówię. Hm… Po takim wstępie chyba nikt nie mógłby się spodziewać pochwał pod adresem omawianej przeze mnie powieści… No ale po kolei.
Przepis na książkę według Haruki Murakamiego:
Składniki:
głęboka studnia
przerwany nurt
ciepłe błoto
twardy penis
Przygotowanie:
Gdy nurt zostanie przerwany, na dno głębokiej studni wrzucić bohatera. Tam jego twardy penis zanurzyć w ciepłym błocie. Do smaku doprawić masą rozbudowanych opisów i porównań według własnego uznania. Voilà! Powieść gotowa!
Oczywiście rozumiem, że mój przepis był mocno sarkastyczny i czuję się trochę niezręcznie wypowiadając się w tym tonie o czyjejś pracy, jednak w tym przypadku inaczej nie potrafię. Każdy chyba przyzna, że wszystkie książki tego autora nie mogłyby się obyć bez wymienionych przeze mnie „składników”.
Musze też przyznać, że do tego tasiemca jakim jest „1Q84” podchodziłam kilka razy w przeciągu pół roku. Przerywałam na kilka tygodni, bo akurat nie miałam czasu, potem wracałam. Nigdy jednak nie miałam wrażenia, że czegoś już nie pamiętam lub coś mnie może ominąć z dalszej treści, jeśli nie będę w stanie powiązać tego z początkiem. Przecież w przypadku prozy Murakamiego wszystkie szczegóły i niuanse nie mają najmniejszego znaczenia. Przy pierwszej, czy drugiej książce tego autora mocno wytężałam umysł. Gdy tylko pojawiała się jakaś nowa postać, nowa scena, w której działo się coś zadziwiającego, chciałam ją dobrze zapamiętać, przeanalizować, żeby wiedzieć co znaczyła, gdy dojdę do końca książki, a zagadka zostanie rozwiązana i będę mogła zrozumieć jej sens. Teraz już tak nie robię. Przecież to i tak nie ma znaczenia, bo postaci i sceny są, mam wrażenie, przypadkowe. Jeśli w tekście pojawi się obraz wiszący na ścianie, który przedstawia dziewczynkę siedzącą na huśtawce, a główny bohater zauważy, że nagle poruszyła oną nogą, to przeżyje rozczarowanie ten kto spodziewa się, że gdzieś w powieści zostanie wyjaśnione dlaczego tak się stało, albo co to miało oznaczać. Proza Murakamiego to dryfowanie od sceny do sceny, od jednego obrazu stworzonego w wyobraźni autora do drugiego, nie koniecznie połączonych logicznym rozumowaniem. Czasami myślę, że te historie są jak sny. Nie tak dawno obudziłam się i zdumiona stwierdziłam, że śniła mi się stacja benzynowa. Stałam w drzwiach automatycznych, a przy dystrybutorach biegał mały niedźwiadek. Zachwycałam się nim i przyglądałam mu się rozczulona. Wtedy z nadjeżdżającego czarnego samochodu wysiadł jego tata – czarny duży goryl, i zaczął mnie gonić. Całe szczęście pokazałam mu palcem stojącego obok mnie blondyna, więc ten przerzucił swój gniew na niewinnego biedaka, a ja poszłam kupić drożdżówkę. Przepraszam za ten osobisty wątek, ale wydaje mi się, że gdybym miała niewątpliwy talent Murakamiego, stworzyłabym z tej historii niezłą powieść.
Zostawię jednak w spokoju głębokie studnie, nurty i brak powiązania zdarzeń. To co najcięższe dla mnie do zaakceptowania w twórczości tego autora to porównania i opisy… Pisarz prezentuje taki przerost formy nad treścią, że wzbudza to we mnie śmiech. Od razu na myśl przychodzi mi kabaret Paranienormalni i ich skecz „Pudzian polskiej literatury”. Uważam, że naprawdę warto go obejrzeć po lekturze. Z czasem do stylu pisarza można jakoś przywyknąć, ale kiedy miałam prawie miesięczną przerwę i wróciłam do jego tekstu, znów wszystko się we mnie gotowało. Ot taki przykład: główny bohater Tengo dzwoni do swojego mieszkania, w którym od jakiegoś czasu mieszka siedemnastoletnia dziewczyna, która nieco dziwnie formułuje zdania. Po krótkiej rozmowie Fukaeri kończy połączenie. Ale to nie było zwykłe odłożenie słuchawki! Rozmowa bowiem została nagle przerwana jakby kabel został przecięty świeżo naostrzonym sekatorem. Przepraszam, że pozwolę sobie na takie wyrażenie ale: na miłość boską! Ona tylko odłożyła słuchawkę! Po co mieszać w to sekator i kogoś kto właśnie go naostrzył?! A scena, w której bohaterka robi test ciążowy? Mistrzostwo! Oczywiście znajdziemy tam szczegółowy opis sikania, ale najlepszy jest finał. Otóż papierek zmienia kolor na niebieski i to znowu nie jest TYLKO niebieski. Gdyby ktoś zobaczył ten odcień na osikanym skrawku celulozy od razu pomyślałby przecież, że idealnie pasuje do samochodu, cadillaca, którym przyjemnie byłoby jeździć po plaży w słoneczny dzień. To zadziwiające, ale naprawdę przesiąknięty moczem papierek w kolorze niebieskim stał się motorem do napisania strony tekstu o wycieczce na plażę. Można się z tego śmiać, ale z drugiej strony trzeba chyba też podziwiać autora tak luźnych skojarzeń i wybujałej wyobraźni.
Na koniec chciałabym przejść do omówienia fabuły książki, której zdecydowałam się poświęcić ten wpis. Właściwie jednak nie wiem co tu napisać. Głównym bohaterem jest trzydziestoletni nauczyciel matematyki, który jednak cały wolny czas poświęca na pisanie powieści. Oprócz mężczyzny na pierwszy plan wysuwa się także Aomame. Również trzydziestoletnia instruktorka fitness, która na zlecenia pewnej starszej pani zabija mężczyzn znęcających się nad żonami. Ich drogi przecięły się już w dzieciństwie kiedy chodzili razem do klasy w szkole podstawowej. Potem każde poszło w swoją stronę. Akcja powieści zaczyna się, gdy za sprawą jakiś „czasów marów” na niebie pojawiają się dwa księżyce. Potem na scenę wchodzą jeszcze Little People, wychodzący z otworów gębowych martwych stworzeń, Fukaeri, która nie stawia znaków zapytania i nie ma miesiączki, lider sekty religijnej Sakigake, który obcuje z małymi dziewczynkami i Ushikawa – brzydal, którego wątek zostaje mocno rozbudowany, właściwie nie wiadomo czemu. Zakochuje się nawet w Fukaeri, kiedy ta na niego spojrzała, ale akurat ten temat nie został rozwinięty. Trudno jest mi tu snuć jakieś górnolotne przemyślenia na temat bohaterów, ich motywów i zachowania, bo… tak bym chciała to określić bardziej literacko, ale z głębi mojego serca wciąż dobija się jedno określenie: „bo kupy się to nie trzyma”. Choć muszę przyznać, że ze wszystkich książek tego autora, które czytałam ta chyba jednak najbardziej przypadła mi do gustu. Może dlatego, że główny bohater jest pisarzem, w związku z czym w tekst zostało wplecionych kilka wypowiedzi wyrażających opinie (może samego autora?) na temat twórczości literackiej. Przykładowo zarzuty krytyków kierowane pod adresem powieści „Powietrzna poczwarka” bardzo przypominały mi te, o których sama bym pomyślała w stosunku do twórczości Murakamiego. Myślę więc, że trzeba mieć pewien dystans do siebie i do tego co się robi, żeby je umieścić w swojej własnej książce. To zdecydowanie potraktowałabym jako zaletę pisarza. Poza tym akurat ta powieść pisarza mniej więcej była spójna, dość dużo elementów zachowało ciąg przyczynowo skutkowy więc całość miała jakiś sens. Oczywiście z akcentem na słowo „jakiś”.
Krytyczna to opinia względem książki, ale teraz powiem coś jeszcze bardziej zaskakującego – polecam przeczytać. Czemu? Żeby przekonać się na własne oczy co znaczy różnorodność literacka. By zakosztować czegoś mimo wszystko wyjątkowego. A poza tym – żeby mieć o czymś negatywne zdanie trzeba to najpierw poznać. Nikogo nie namawiałabym więc do opierania się na mojej opinii, wręcz przeciwnie – zachęcam do przeczytania i dyskusji.

Podróż do Japonii

Tym razem znów nie będę pisała o powieści japońskiej. Dlaczego? Gdyż najzwyczajniej nie miałam okazji żadnej przeczytać. Stało się tak dlatego, że ostatnie dwa tygodnie spędziłam w Japonii.

Od wielu lat kultura Japonii, jej historia, a przede wszystkim literatura zajmuje bardzo ważne miejsce w moim życiu. Po tak długim czasie gromadzenia wiedzy na jej temat postanowiłam skonfrontować ją z rzeczywistością. Oczywiście jest to bardzo duże uproszczenie z mojej strony, bo w przeciągu dwóch tygodni nie da się poznać żadnej kultury, można zaledwie delikatnie musnąć palcem to co jest ona w stanie nam zaoferować.

Czternaście dni spędzone w Kraju Kwitnącej Wiśni spędziłam więc na odwiedzaniu najbardziej znanych atrakcji turystycznych. Mimo to, gdy zostawiałam Japonię za bramkami odprawy na lotnisku, miałam dziwne wrażenie, że nie udało mi się zobaczyć nawet połowy z tego, co było tego warte.

Wizyta w tym kraju wzbudziła we mnie tak wiele emocji i pozostawiła tyle wspomnień, że zastanawiam się jak właściwie powinnam o tym napisać. Co zawrzeć w tak krótkiej formie wypowiedzi jaką jest notatka na blogu? Które wątki poruszyć, a których nawet nie rozpoczynać, bo tego co mam do powiedzenia starczyłoby na całą książkę? Trudne postawiłam przed sobą zadanie.

Napiszę więc może jakie miejsca miałam okazję odwiedzić i co w szczególności będzie mi się z nimi od teraz kojarzyć. Na początek Tokio. Muszę przyznać, że gdy myślałam o tym mieście jeszcze przed wyjazdem, traktowałam je jak najnudniejszą część podróży. Przecież nie ma w nim już nic z „orientalnej” strony Japonii – taki globalny moloch. Jakże się myliłam! To prawda, olbrzymia aglomeracja, ludzi tak dużo, że nie mam pojęcia jak się odnajdują, ale… ale byłam tym oczarowana! Czułam się małą mróweczką w obliczu roju Japończyków, przytłaczały mnie ogromne wieżowce, nie byłam w stanie odnaleźć się w wielopoziomowym świecie, w którym gubiłam orientację, czy jestem pod ziemią, na jej powierzchni, czy może na poziomie drugiego piętra.

Wielopoziomowe Tokio, widok z kolejki na Odaibę

Wielopoziomowe Tokio, widok z kolejki na Odaibę

Mimo to z godziny na godzinę byłam tym coraz bardziej zachwycona. Tokio zmusza do pochylenia czoła przed determinacją Japończyków. Miasto tak ogromne, od kilku wieków co pięćdziesiąt lat wygląda zupełnie inaczej i nic nie stanowi tam przeszkody w realizacji zamierzonych celów. Jeśli bowiem na drodze budowniczym stanęła rzeka, wybudowali piętrowy most, jeśli budynek – droga biegnie nad nim, jeśli góra – wydrążyli w niej tunel. Lecz w tym szalonym, głośnym mieście znajduje się jedna oaza spokoju – Pałac Cesarski. Oczywiście nie miałam okazji wejść do środka, ale byłam na placu, który znajduje się przed bramą do tego odmiennego od reszty miejsca.
Plac przed Pałacem Cesarskim w Tokio

Plac przed Pałacem Cesarskim w Tokio

Nagle przede mną ukazała się płaska powierzchnia,
z grzecznie ułożonym żwirkiem
i starannie przyciętymi drzewami.
A w oddali? Tuż za drogą zaczynało się już mrowisko.

Kioto – poprzednia stolica. Dla mnie japoński Kraków. Miasto, które dziś nie odgrywa znaczącej roli w nowoczesnej Japonii, za to zachwyca świątyniami, różnego rodzaju „wizytówkami” kraju. Złote Kinkakuji, Kiyomizudera na palach, zamek Nijō, z cudownie ćwierkającą podłogą, Pałac Cesarski. Tam też miałam okazję nocować w tradycyjnym japońskim ryokanie. Oczywiście mogłabym w tym miejscu zacząć pisać o wszystkich różnicach, orientalnych akcentach takiego miejsca. Ale za mało tu na to miejsca. Poza tym wiedziałam przecież, gdzie się udaję, więc nie te odmienne od europejskich warunki zdziwiły mnie najmocniej.

Tradycyjny japoński pokój w ryokanie, z podłogą pokrytą matami tatami

Tradycyjny japoński pokój w ryokanie, z podłogą pokrytą matami tatami

Poczułam się raczej zaskoczona, gdy wchodząc do tradycyjnego pokoju w stylu japońskim znalazłam telewizor, czajnik elektryczny, latarkę, jednorazowe szczoteczki do zębów. Wszystko jak w czterogwiazdkowym hotelu europejskim. Ale najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że gdy odsunęłam przesuwane, podniszczone drzwi z rysunkiem bambusa i znalazłam się w toalecie wielkości może półtora metra kwadratowego, to znalazłam tam zupełnie nowoczesną muszlę klozetową, z podgrzewaną deską i funkcją podmywania. Oczywiście nie sama „futurystyczna” toaleta mnie zdziwiła, bo przecież o tym, że takie znajdę w tym kraju wiedziałam od dawna. Zaskoczyło mnie połączenie nowoczesności z tradycją. Zwłaszcza, że stwierdzenie to brzmi dość wzniośle, a dotyczy… toalety!

Nara – pierwsza stała stolica Japonii. W tym miejscu miałam okazję zobaczyć na własne oczy japońską parę młodą, w tradycyjnym ubraniu, tuż po ślubie w obrządku shintō oraz matkę, która przyniosła swoje małe dziecko na błogosławieństwo do chramu. Byłam także w Tōdaiji, które napawa zachwytem. Stojąc jeszcze przed bramą można otworzyć usta z wrażenia.

Szesnastometrowy Budda Amida z Tōdaiji

Szesnastometrowy Budda Amida z Tōdaiji

Budowla nie jest specjalnie kolorowa, farba jest nawet lekko zniszczona, a jednak nie można od niej oderwać wzroku. Dlaczego? Bo jest ogromna. Strażnicy złowieszczo spoglądają na nas z góry. Wszystko jest tam po prostu wielkie. Z posągami na czele. Szesnastometrowy budda Amida, w towarzystwie niewiele mniejszych Kannon i strażników – czułam wielkość bogów.

Hiroshima i Nagasaki. Połączyłam te dwa miasta ze sobą, gdyż często tak właśnie nam się kojarzą, dość jednoznacznie i smutno – z wybuchem bomby atomowej. Rzeczywiście w jednym i drugim mieście Parki Pokoju, muzea wybuchu zajmują ważne miejsce. Jest to ta część zwiedzania, która choć wartościowa, jest raczej przykra. Co więc odkryłam innego od tego czego się spodziewałam? Hiroshima rzeczywiście na zawsze kojarzyć mi się będzie z bombą atomową, jak chyba całemu światu. Jednak Nagasaki… W Nagasaki odkrywałam inne oblicze tego miasta i jego historii. Dla mnie to miasto chrześcijan, portowy ośrodek komunikacji ze światem w czasach izolacji państwa i miejsce, gdzie bogacili się europejscy kupcy tuż po otworzeniu granic.

Kościół 26 męczenników z Nagasaki

Kościół 26 męczenników z Nagasaki

Byłam bowiem przed pomnikiem dwudziestu sześciu męczenników, którzy zostali zabici z rozkazu shoguna, gdy ich statek omyłkowo dobił do brzegów Japonii. Obok znajduje się Kościół katolicki, w którym odnaleźć można relikwie pierwszego meksykańskiego świętego Pawła Miki. W Nagasaki można tez zobaczyć sztuczną, małą wysepkę Dejimę, na której znajdowała się kiedyś siedziba holenderskich kupców – jedynych, którym wolno było dobijać do brzegów Kraju Wschodzącego Słońca. W końcu park Glovera – miejsce gdzie znajdują się posiadłości kupców europejskich, którzy zbijali fortunę na handlu z Japończykami tuż po otworzeniu granic państwa. To wszystko sprawiło, że od dziś będę uważała Nagasaki za jedno z najciekawszych miejsc jakie odwiedziłam.

Na koniec zostawiłam sobie małą ciekawostkę. Nie daleko od lotniska Narita i samej miejscowości Narita znajduje się przeurocze miejsce, którego pewnie nigdy nie odnalazłabym, gdyby nie pewien bardzo miły Japończyk z pociągu linii Keisei imieniem Hiro. Pewnie też nigdy już go nie spotkam i nie będę miała okazji powiedzieć mu, że atrakcję turystyczną, którą tak nieśmiało mi polecił uważam za jedną z najciekawszych jakie udało mi się zobaczyć. Jaka szkoda! Na myśli mam Bōsō no murę.

Ulica ze sklepami w Boso no mura, japońskim skansenie z okresu Edo

Ulica ze sklepami w Boso no mura, japońskim skansenie z okresu Edo

Jest to japoński skansen, w którym znajdują się rekonstrukcje budynków z okresu Edo. Na początek ulica ze sklepami – księgarnia, sklep z sake, naftą, kimonami, matami tatami, słodyczami i wiele innych. Każdy wyjątkowy, każdy ciekawy. Zwłaszcza, że na piętrze większości z nich znajdowały się pokoiki z wystawą poświęconą danemu rzemiosłu. Fakt – nie wszystko było po angielsku, ale najważniejsze informacje można było znaleźć w wersji bliższej Europejczykom. Dalej odwiedziłam posiadłość średnio zamożnego samuraja, a także domostwa chłopskie. Wszystkie urządzone tak samo jak za czasów Edo. Wokół budynków znajdowały się nawet pola uprawne, w tym pola ryżowe. Był także młyn i wiejska scena kabuki. Oprócz tego, poza obrębem płatnego zwiedzania, można było zobaczyć szkołę z czasów Meiji, która wyglądem przypominała już raczej budownictwo zachodnie, a także kurhany z szóstego i siódmego wieku.
Kurhan z glinianymi figurkami w Boso no Mura

Kurhan z glinianymi figurkami w Boso no Mura

Na jednym z nich można było podziwiać gliniane figurki przedstawiające kobiety, wojowników, konie i bydło, które umieszczano przy grobach zmarłych. Wszystko to było niezwykle interesujące, gdyż poczułam się nagle tak jakbym została wyjęta z teraźniejszości i za pomocą jakiegoś magicznego wehikułu została przeniesiona z ruchliwego Tokio do odległych czasów osiemnastego wieku.

Tak wyglądała moja przygoda w skrócie – w ogromnym skrócie. Nie opowiedziałam bowiem jeszcze o bardzo wielu miejscach i doświadczeniach. Ale chyba nie czas i pora na nie wszystkie. Teraz czas by powoli wrócić do moje polskiej rzeczywistości, od czasu do czasu zatapiając się jedynie w japońskiej lekturze.

Klucz – Jun’ichirō Tanizaki

the key Wracam do mojego ulubionego japońskiego pisarza – Jun’ichirō Tanizakiego. Już dość dawno poczułam ogromną chęć, by w końcu poznać jego „Klucz”. Nie będę ukrywać, że dodatkowym bodźcem było przypadkowe natrafienie na ekranizację tej powieści w reżyserii Tinto Brassa. Zakupiłam więc anglojęzyczną wersję książki, gdyż nie ma jej w polskim przekładzie i jak to bywa w takich przypadkach postanowiłam poświęcić jej trochę więcej czasu i uwagi. Po trochę, fragment po fragmencie tłumaczyłam ją sobie na język polski. Takie doświadczenia są dla mnie niezwykłe. Gdy tak zastanawiam się nad każdym zdaniem, czasem słowem, jakby je ująć tak, by oddały to co poczułam czytając tekst, niespodziewanie mocno zżywam się z bohaterami utworu. Tak było i tym razem. Z Ikuko i jej mężem, kochankiem i córką spędziłam powolne kilka tygodni. A kim są ludzie, którym towarzyszyłam w ich prywatnym życiu?
Bohaterami książki są mężczyzna, którego imię ani razu nie pada, o którym wiemy tylko tyle, że mieszka wraz z żoną w Kioto i pracuje na uczelni, żona Ikuko, która odebrała staroświeckie wychowanie i wyszła za mąż z woli rodziców, ich córka Toshiko i kandydat na jej narzeczonego Kimura.
Książka to zbór zapisków z pamiętników małżonków. Mąż prowadzi dziennik już od wielu lat, ale od Nowego Roku postanawia pisać na temat, którego do tej pory nie poruszał – intymnego życia z żoną. Liczy na to, że ukochana go przeczyta, gdyż tylko w ten sposób jest w stanie z nią porozmawiać, bez zasłaniania się przez nią skromnością i wstydliwością. Pewnego razu udając, że to przypadek, zostawia na podłodze swojego gabinetu klucz do szuflady biurka, w której schowany jest dziennik. Żona znajduje go i domyśla się jakie były intencje męża. To popycha ją do założenia w tajemnicy przed nim własnego pamiętnika, w którym ta skryta kobieta, będzie mogła szczerze porozmawiać, chociażby ze sobą. Przynajmniej tak twierdzi. Prawda jest jednak taka, że obydwoje wiedzą o swoich zapiskach, choć uparcie zapewniają się, że żadne z nich nie czyta zwierzeń tego drugiego.
W ten właśnie sposób zaczyna się małżeńska gra, na scenę której wciągnięci zostają jeszcze córka Toshiko i jej niedoszły narzeczony Kimura. Mąż, który obwiniał do tej pory żonę za jej bierność podczas stosunku i za to, że przez to nie jest w stanie jej usatysfakcjonować, nagle odkrywa, że zazdrość o innego mężczyznę pozwala mu wystarczająco się pobudzić, by sprostać oczekiwaniom kobiety. W „kontrolowanych” warunkach pozwala więc na stopniowe, niewinne (jak mu się zdaje) zbliżenie żony i Kimury, młodszego kolegi z pracy, który oficjalnie odwiedza ich dom ze względu na Toshiko. Do czego doprowadzi ta gra? Tego nie zdradzę, bo Tanizakiego uważam za mistrza zaskakujących zwrotów akcji, które zmuszają czytelnika do otworzenia szeroko oczu ze zdziwienia.
Zastanawiam się więc w jaki sposób mogę pisać o książce, by nie zdradzić zbyt wiele? Trudne to zadanie, bo pełna jest ona niuansów, bez których ciężko cokolwiek z całej tej historii zrozumieć. To co najbardziej urzekło mnie w tym utworze to kreacja bohaterów. Niesamowite co dzieje się z nimi, gdy postawieni zostają w obliczu niecodziennej sytuacji, jak skomplikowana jest ich psychika, jak ciężkie decyzje muszą podejmować.
Mąż, kochający żonę ponad wszystko, ubóstwiający jej ciało decyduje się na to by pchnąć ją w objęcia innego. W dodatku tym innym jest kandydat do ręki jego córki. By uszczęśliwić żonę i siebie ryzykuje nawet własnym zdrowiem.
Żona – przez lata nieszczęśliwa kobieta, która twierdzi, że go kocha, ale czuje do niego obrzydzenie. Jednocześnie nie może pozbyć się przekonania, że jej najważniejszym obowiązkiem względem męża jest posłuszeństwo. Jak je rozumieć, kiedy on chce, by zbliżyła się do innego mężczyzny? Czy takie zbliżenie jest wciąż posłuszeństwem? A może posłuszeństwo to zwykła wymówka kobiety, która pragnie innego?
Córka, która patrzy na wszystko z boku. Po czyjej stanie stronie? Matki, którą ojciec zmusza do nieprzeciętnych praktyk seksualnych? A może po stronie ojca, którego matka być może zdradza? Gdzie w tym wszystkim jest sama Toshiko? Przecież Kimura miał być jej narzeczonym – czyż nie powinna nienawidzić rodziców za to co jej wyrządzili?
I w końcu Kimura – mężczyzna, który zostaje wciągnięty w intrygę właściwie wbrew własnej woli. Może wydawać się, że jest on najbardziej z nich wszystkich niewinny. Szybko jednak okazuje się, że doskonale odnajduje się w całej sytuacji, a ostatni akapit książki świadczy o tym, że w niczym im nie ustępuje.
Trudna, wielowymiarowo jest to powieść, która pokazuje, że niczego nie da się tak jednoznacznie ocenić. Każde zdarzenie rozumieć można zupełnie inaczej, w zależności od tego kto na nie spogląda. Każdy ma inne motywy, inne uczucia, którym się poddaje i w końcu inną moralność, którą za wszelką cenę zawsze będziemy dopasowywać do naszych ukrytych pragnień.
Na koniec słów kilka o „La chiave” Tonto Brassa, o którym wspomniałam na samym początku. Teraz cieszę się, że zobaczyłam film zanim przeczytałam powieść. Początkowo jednak myślałam, że źle zrobiłam dając się na niego skusić, gdyż poznałam całą historię z góry, ale to nie prawda… Oglądając filmowy „Klucz” pomyślałam „intrygująca historia – chcę przeczytać książkę!”. Kiedy przeczytałam utwór Tanizakiego drugi raz nie wróciłabym już do filmu. Brassowi nie udało się pokazać zawiłości całej intrygi, tego co działo się z bohaterami, poza tym film ten nazwałabym raczej wulgarnym. No i zabrakło mi zakończenia, tego dość zdziwaczałego, jak przystało na Tanizakiego.

Dzień japoński w przedszkolu


Dziś na moim blogu postanowiłam dodać nową kategorię. Możliwe, że nie zawsze wydarzenia, a których będę pisała związane będą z literaturą, a przecież takie było założenie tej strony. Dlaczego więc zdecydowałam się pisać o czymś jeszcze? Bo zaczynając prowadzić moje zapiski kierowałam się chęcią dzielenia moimi przeżyciami, co trudno było robić z bliskim mi otoczeniem, gdyż dotyczą mało poczytnej w moich kręgach literatury japońskiej. Jednak mój kontakt z kulturą Kraju Kwitnącej Wiśni nie kończy się tylko na książkach. Czasami zdarza mi się przeżyć coś niezwykle dla mnie cennego, coś o czym chciałabym opowiedzieć i właśnie dlatego postanowiłam, że posłużyć temu może ten oto blog.

Paulina Wojnarowska-WrońskaCo stało się bezpośrednim impulsem do takiej decyzji? Zaproszenie skierowane do mnie przez grupę IV wraz z panią wychowawczynią z Przedszkola nr 10 w Nowym Sączu, abym wzięła udział w „Dniu zielonym” poświęconym właśnie kulturze Japonii. Z ogromną przyjemnością stawiłam się na czas, ubrana w uszytą przeze mnie yukatę i uczesana najlepiej jak potrafiłam. Czy mi wyszło…? Nie wiem, ale jedno mogę powiedzieć na pewno – dzieci były wprost cudowne.

Zastanawiałam się w jaki sposób opowiedzieć takim maluchom o kraju tak odległym zarówno pod względem geograficznym jak i kulturowym. Wiedziałam, że nie mogę sypać suchymi faktami, przytaczać odległości dzielącej nas od Tokio w kilometrach, opowiadać o dynastii cesarskiej, ani kolejnych shogunach. Na początek więc każdy dostał małą japońską flagę, z których powstał prawdziwy las.p1150331 Potem opowiedziałam im o ubraniu w jakim do nich przyszłam. Mówiłam, że kiedyś każdy Japończyk chodził tylko w takim stroju i nikt z nich nie znał ani dżinsów, ani bluz z kapturem. Mimo to miałam wątpliwości, czy uda mi się zainteresować tak małe dzieci. Kiedy jednak zobaczyłam, że słuchają mnie uważnie i śmieją się, gdy pokazuję im, że zamiast do kieszeni Japończyk może schować cukierka do workowatego rękawa, a skarpetki Japończyka mają miejsce na dużego palca osobno od reszty, kamień spadł mi z serca. Poszłam więc o krok dalej i pokazałam im, że japońskie dzieci, ucząc się w szkole jak napisać „księżyc” nie stawiają na kartce literek, ale rysują w zeszycie krzywą drabinkę, a gdy ich rodzice czytają gazetę to cała pokryta jest krzaczkami.japoński księżycMaluchy dalej słuchały. Potem poszło już z górki. Zrobiliśmy razem sushi, a dzieci, które chciały odkroić swój kawałek od długiego wałka ryżu owiniętego wodorostem ustawiały się w ogonku. Napiliśmy się też gorzkiej herbaty z czarki bez ucha do trzymania! Jedno i drugie zaowocowało zwierzeniami: „Proszę pani… to jest niedobre… co mam z tym zrobić?” :) Oczywiście byli też twardzi młodzieńcy przyjmujący wszystko z kamienną twarzą. Co ciekawe, paniom opiekunkom smakowało :) sushi przedszkole nr 10 w Nowym Sączu Na koniec tańczyliśmy w kółeczku i świetnie bawiliśmy się biorąc udział w konkursach na jedzenie pałeczkami. Była to dla mnie fantastyczna przygoda!p1150321

Spotkanie z tymi Malcami zapamiętam na pewno na bardzo długo. Zaskoczyło mnie ich zaangażowanie i otwartość na to co nowe. Chciałabym też podkreślić, że to zaproszenie było dla mnie niemałym wyróżnieniem za co z całego serca dziękuję dyrekcji i paniom z Przedszkola nr 10 w Nowym Sączu. Arigatō gozaimashita i sayōnara!

Przypadki miłosne pięciu kobiet – Ihara Saikaku

Przypadki miłosne pięciu kobiet - Ihara SaikakuI tym razem miałam okazję sięgnąć po nowość wydawniczą. Niedawno bowiem ukazały się nakładem Wydawnictwa Uniwersytetu Jagiellońskiego „Przypadki miłosne pięciu kobiet” autorstwa Ihary Saikaku. Oczywiście nie mogłam pozwolić, by taka pozycja mi umknęła. Sama książka nie jest długa, gdyż składa się z pięciu krótkich opowiadań. Stanowi ona jednak pracę naukową tłumaczki Katarzyny Sonnenberg, dlatego oprócz właściwego tekstu opowiadań znajdujemy także ich analizę zawartą we wstępie. Tych, którzy pragną więc profesjonalnych rozważań na temat świata przedstawionego, czasu akcji, bohaterów, narratora itd. odsyłam do książki. Ja skupię się jak zawsze na moich odczuciach po lekturze.
Pierwsza rzecz, która zwróciła moją uwagę to tytuł. Polscy uczniowie mogą cieszyć się, że dzieło japońskiego pisarza nie znalazło się nigdy na liście lektur, gdyż niejeden z nich miałby pewnie spory problem, gdyby nauczyciel na sprawdzianie zadał pytanie: „Kto jest głównym bohaterem opowiadania pod tytułem…?” Rozchodzi się o to, że tytuł zbioru mówi o przypadkach miłosnych pięciu kobiet, ale w tekście trudno często wyczuć kto jest główną postacią, w niektórych z nich zakochanych kobiet jest więcej niż jedna, a ich wątki są rozwijane po równo. Najzabawniejsze jednak jest opowiadanie „Gengobei, czyli góra namiętności”, gdzie z całą pewnością na kartkówkowe pytanie odpowiedziałabym: Gengobei – mężczyzna!
Jeśli chodzi o twórczość Saikaku w ogóle, to do tej pory miałam okazję zapoznać się jeszcze z „Żywotem kobiety swawolnej”. Wiedziałam o tym czym były ukiyozōshi, czyli „zeszyty ulotnego świata” i poprzednia lektura rzeczywiście wpisywała się w poznaną przeze mnie definicję. Jednak dopiero sięgając po „Przypadki miłosne pięciu kobiet” poczułam się jak mężczyzna – mieszczanin kupujący Playboya z XVII wieku. Lektura ta była w sumie łatwa i przyjemna. Nie czułam, by miała moralizatorskie zadanie, nie była też wzniosła. Liczyła się intryga i… pożądanie oczywiście. Jak w greckiej tragedii nad bohaterami niejednokrotnie wisiało fatum, przez które niejako zmuszeni byli do czynów niegodziwych, do postępków wynikających z namiętności, za które we wszystkich opowiadaniach zresztą bohaterów spotkała kara. Pod względem otwartego, ale i zabawnego traktowania spraw intymnych największe wrażenie zrobił na mnie fragment z pierwszego opowiadania „Opowieść o Seijūrō z Himeji”. Otóż para kochanków spotyka się wreszcie w miłosnym uścisku, jednak wciąż ostrożnie spogląda na kotarę, za którą zgromadzeni są ludzie. Nie spostrzegli natomiast, że od przeciwnej strony patrzy na nich drwal. „W jednej ręce trzymał sierp, a drugą poruszał rytmicznie pod pasem na biodrach. […] Okazuje się, że kochankowie, zgodnie z tym, co mówi stare powiedzenie, schowali głowy, ale wystawili zadki.” – opowieści te trudno więc nazwać romantycznymi, są po prostu erotyczne.
Pewien problem miałam też z ostatnim opowiadaniem „Gengobei, czyli góra namiętności”. A to dlatego, że nagle doszłam do dodatku gazety dla mężczyzn o… mężczyznach właśnie. Mnie jako europejskiemu odbiorcy trudno zrozumieć było postawę kobiety zakochanej (i pałającej pożądaniem!) w mężczyźnie, który woli chłopców. Znikoma też radość byłaby dla mnie z usidlenia takiego pana, jeśli on wciąż marzyłby o przedstawicielach tej samej płci. Cóż jednak – homoseksualizm w Japonii nie był takim tabu jak przez wieki w Polsce i chyba też inaczej go rozumiano, jak widać nikt nie odczuwał niestosowności w mieszaniu partnerów z obrębu obu płci.
Jeśli chodzi o głębszą analizę wydarzeń zawartych w opowiadaniach nie podejmuję się takowej, gdyż z założenia miała to być chyba tylko prosta rozrywka i nie znajdziemy w zbiorze głębszej analizy psychologicznej, nie zagłębimy się w motywy kierujące bohaterami. Jednakże sama akcja niejednokrotnie jest zaskakująca i gdy dowiedziałam się, że jednym z pisarzy, który zafascynowany był twórczością Saikaku był Jun’ichirō Tanizaki nie mogłam przestać doszukiwać się podobieństw. Oczywiście stwierdzenie, że ich style są do siebie podobne byłoby daleko idącym nadużyciem, jednak jest coś w twórczości Tanizaki’ego, co rzeczywiście pozwala skojarzyć niektóre elementy jego prozy z XVII wiecznymi tekstami Saikaku. Zwłaszcza, gdy czytałam o „Opowieść o twórcy kalendarzy” moją uwagę przykuły zaskakujące zwroty akcji i jakby fatum, które kierowało losami bohaterów w sposób, który budzi w czytelniku poczucie sprzeciwu. Gdy Osan niechcący przysnęła zastawiając pułapkę na Moemona, w wyniku czego nieświadomie spędzili ze sobą noc, aż chciało się krzyczeć: „Nie! No zbudź się! Przecież tak nie może być!” Podobne uczucie towarzyszyło mi, gdy czytałam na przykład „Tajemną historię pana Musashi’ego”. Główny bohater, sprawca morderstwa ojca swojej ukochanej, z jej polecenia okaleczał jej męża, gdyż kobieta przekonana była, że to mąż jest mordercą. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że moje doszukiwanie się podobieństw może wydawać się „na siłę”, ale nic nie poradzę na to, że lubię szperać w motywach nie tylko bohaterów, ale i twórców literatury.
Kończąc co zaczęłam powiem jeszcze tylko, że poleciłabym zbór opowiadań „Przypadki miłosne pięciu kobiet” tym, którzy pragnęliby nieco oderwać się od ciężkich, poważnych lektur i oddalić się w świat lubieżnej rozrywki. Nie jestem jednak pewna, czy jest to lektura dla każdego. Spodziewam się, że ktoś komu zupełnie obca jest kultura japońska może troszeczkę męczyć się przy czytaniu i nie wiem, czy poczuje się rzeczywiście „rozerwany”. Niemniej jednak zachęcałabym, chociażby po to, by zapoznać się z trochę innym sposobem postrzegania ludzkiej cielesności, dość niezwykłym jak na europejskie, wyrosłe na wierze chrześcijańskiej warunki.

Światło i mrok – Natsume Sōseki

Światło i mrok - Natsume SosekiWreszcie. Wreszcie nadszedł moment kiedy mogłam oddać się lekturze długo wyczekiwanej przeze mnie pozycji „Światło i mrok” Sōsekiego. Przywykłam już do tego, że omawianie przeczytanej przeze mnie pozycji zaczynam od kilku słów o autorze. Jak już pisałam Natsume Sōseki należy do moich ulubionych i to od niego właśnie zaczęłam swoją przygodę z literaturą japońską. Gdybym miała w telegraficznym skrócie powiedzieć z czym kojarzy mi się ten pisarz powiedziałabym: z samotnością, dowcipem, odzieraniem bohaterów z patosu. Dowcipem, komizmem sytuacyjnym, satyrą, groteską – tym wszystkim posługiwał się Sōseki na początku swojej działalności literackiej. Im późniejsze jego dzieła bierzemy do ręki tym mniej tego znajdziemy. Styl autora staje się poważniejszy, a analiza psychologiczna znacznie pogłębiona. W tym właśnie tonie napisane jest „Światło i mrok”. Jest to bowiem ostatnia powieść pisarza, nieukończona ze względu na jego śmierć. Opowiada o małżeństwie Yoshio i Onobu Tsuda i o ich walce o wspólne szczęście i o szczęście każdego z osobna. Akcja rozgrywa się w ciągu zaledwie dziesięciu dni. Yoshio udaje się do szpitala na operację przetoki. Nasi bohaterowie są więc osobno a jednak cały czas mają na siebie ogromny wpływ. Muszę przyznać, że Natsume Sōseki w niebywale prawdziwy sposób ujął relację między żoną i mężem. Czasami wydaje nam się, że tylko my prowadzimy jakąś grę, prowokujemy zachowania innych według własnej woli i tylko nasze zachowania kryją w sobie drugie dno. Czytając tę powieść mamy okazję przekonać się, że każdy człowiek nieraz zachowuje się tak a nie inaczej, gdyż z góry kalkuluje co dzięki temu osiągnie. Ludzie nie są szczerzy i prostolinijni jak dzieci. Nie jest wcale inaczej w przypadku relacji małżeńskiej, która często kojarzona z takimi sloganami jak „braterstwo dusz” i „otwarcie się na drugą osobę” niejednokrotnie staje się sceną, na której rozgrywa się gra pozorów.
Sięgając do analizy powieści jakiej dokonał prof. Mikołaj Melanowicz główną chorobą bohaterów jest ich egoizm, który prowadzi do destrukcji harmonii, rozpadu więzi. Szereguje on nawet postaci od mroku do światłości, zaczynając od Tsudy, potem Onobu, a kończąc na znajdującej się w świetle Kiyoko, dawnej miłości Tsudy, o której on wciąż nie może zapomnieć. Po przeczytaniu książki zaczęłam się nad tym zastanawiać. Tak, rzeczywiście Tsuda był egoistą. Pierwszym dowodem na to stwierdzenie jest jego roszczeniowa postawa wobec ojca. Mimo, że to już dorosły, pracujący mężczyzna, Tsuda uznaje za oczywiste, że ojciec musi przesyłać mu pieniądze, bo przecież czasy się zmieniły i jemu trudno zarobić na wszystkie zachcianki swoje i żony. Jeśli chodzi o jego stosunek do żony z kolei, odnosiłam wrażenie, że skupia się on tylko i wyłącznie na tym co mu w niej przeszkadza i może nawet dużo lepiej czułby się, gdyby był wolnym, nieżonatym człowiekiem. Co wydało mi się dziwne zważywszy na fakt, że ich małżeństwo nie było jednym z tych „swatanych z obcym”, ale sami siebie wybrali, poznając się zanim do gry zostali wprowadzeni swaci. Z czasem postawa Tsudy stała się dla mnie bardziej zrozumiała, gdy dowiedziałam się, że na swoich barkach dźwiga porażkę z przeszłości. Kobieta, którą kochał i która miała zostać jego żoną, praktycznie bez uprzedzenia poślubiła innego mężczyznę. Trudno więc porzucić mu w takiej sytuacji myśli „Co by było, gdy moją żoną była tamta kobieta?”. Choć jego doświadczenie życiowe w pewnym stopniu stanowi usprawiedliwienie jego stosunku do obecnej żony, czytelnikowi trudno jednak wyzbyć się współczucia dla Onobu, która za wszelką cenę chce czuć się kochana i wyjątkowa, nie rozumiejąc dlaczego mąż jest dla niej taki oschły. Właśnie. Przechodzimy tutaj do egoizmu Onobu, który to objawia się w ten sposób, że chce być kochana bez granic. Siostra Tsudy tłumaczy jej, że przecież od mężczyzny nie można wymagać takiego oddania, że mąż zbytnio ją rozpieszcza, pozwala na zbyt wiele. Oczywiście biorąc pod uwagę, że mamy tu do czynienia z Japonią na początku XX wieku taka postawa względem mężczyzn, którzy wierni być po prostu nie muszą, wcale nie dziwi. Z tego punktu widzenia chęć bezwzględnego oddania męża może wydawać się nieco egoistyczna. Egoizm Onobu widać jednak jeszcze na innej płaszczyźnie. Nawet mi – współczesnej kobiecie, wydało się lekko bezduszne, że ta kobieta mimo, iż oficjalnie uznawała wagę sytuacji, czyli konieczność operacji męża, jakoś wciąż próbowała mu pokazać, że przez niego nie może wybrać się do teatru z wujostwem, a oni przecież tak serdecznie ją zapraszali. Ostatecznie poczekała, aż operacja się zakończy i pojechała na przestawienie. Onobu charakteryzuje dość nietypowa jak na tamte czasy potrzeba niezależności. I w tym względzie, znów biorąc pod uwagę czas i okoliczności przyznaję, że może wydawać się egoistyczna. Z drugiej jednak strony zastanawiam się, czy jej chęć zadowolenia siebie, nie jest odpowiedzią na oziębłość męża. Jeśli nie czuje się ważna w jego oczach, sama dba o to, by było jej dobrze tu i teraz, bo przecież chyba lepsze to niż siedzenie w kącie i użalanie się nad sobą. Mimo sytuacji, w których ma na uwadze tylko siebie, w jej głowie całkiem często pojawiają się myśli o tym, że zrobiłaby wiele, by jej mąż był z niej zadowolony, by wzbudzić w nim miłość.
I w końcu Kiyoko postawiona na drugim końcu tej czarno białej wyliczanki. Czy ona jest ich przeciwieństwem? W moim osobistym odczuciu nie. W żaden sposób nie stawiałabym jej wyżej niż Onobu. Nie mamy okazji dokładnie jej poznać, jednak fakt, że zerwała kontakty z Tsudą i poślubiła innego mężczyznę nie przyczynia się do uznania jej za altruistkę. Poznajemy ją nieco bliżej w momencie, kiedy Tsuda po wyjściu ze szpitala jedzie do gorących źródeł za namową żony szefa, pani Yoshikawa. Ona będąc swatką w przypadku pierwszej, jak i drugiej kandydatki dla Tsudy zdaje sobie sprawę z uczucia jakie wciąż na dnie serca skrywa Yoshio. Wie, że jego pierwsza narzeczona przebywa na rekonwalescencji w ośrodku w górach i wysyła chorego w to samo miejsce, żeby zdołał uporać się z demonami przeszłości. Tsuda spotyka Kiyoko, po tym jak mówiąc, że przesyła kosz z owocami i pozdrowienia od pani Yoshikawy wprasza się niejako do jej pokoju. Jest zachwycony dziewczyną, stwierdza, że nic się nie zmieniła. Żal aż serce ściska, gdy siedzi z nią na werandzie i stwierdza, że gdyby jego żona zachowała się w ten albo w inny sposób, to by go irytowała i tłumaczyłby sobie jej zachowanie tak, że stanowiłoby jej wadę, ale kiedy tak samo postąpi Kiyoko on uważa to za urocze i stwierdza, że taka po prostu jest. Przypuszczam, że niejednemu ta scena spotkania Yoshio i Kiyoko mogłaby wydawać się romantyczna, dla mnie była druzgocąca. Z jednej strony starałam się wczuć w zakochanego mężczyznę. Przecież miłość ma to do siebie, że kocha się pomimo wad, a nie za zalety, że na wszystko patrzy się przez różowe okulary i niekiedy ma się wręcz klapki na oczach. Z drugiej strony czytając każdą linijkę czułam się jak zraniona Onobu, która kochała i chciała być kochana, a w zamian dostała… nic. Takie nic od osoby, którą się kocha potrafi bardzo boleć.
Ale wróćmy do Kiyoko. To, że Tsuda zachwyca się tym, że pozwala przejąć mu inicjatywę, że nie „papla” nieproszona, nie jest nachalna i tym podobne, wcale nie świadczy według mnie o tym, że jest mniej egoistyczna i zapatrzona w siebie. Nie trudno pozwolić się uwodzić, jeżeli partner wykazuje taką chęć. Przecież Tsuda z własnej nieprzymuszonej woli okazuje jej zainteresowanie, nie ma więc potrzeby, żeby ona o nie dodatkowo zabiegała. Co się tyczy Onobu, ona nie może liczyć na taki luksus. Okruchy zainteresowania ze strony męża musi wydzierać pazurami. Trudno więc jednoznacznie ocenić postawę tych dwóch pań według tej samej miary.
Zostawiając wreszcie trójkę związaną ze sobą skomplikowanymi więzami miłości, na uwagę zasługują jeszcze dwie postaci. Pani Yoshikawa i Kobayashi, przyjaciel Tsudy z młodości, którego teraz traktuje bardziej jak wroga. Pani Yoshikawa zaskakuje niezależnością. To ona gra pierwsze skrzypce w małżeństwie Yoshikawa. Sama podkreśla w rozmowie z Tsudą, że traktowanie jej i męża jako jedność to głupota. Mamy więc do czynienia z silną, wpływową kobietą, która sama podejmuje niejedną inicjatywę. Co do Kobayashiego jest to dziwaczna postać. Sōseki bardzo często porusza tematy biedy i odrzucenia, jako, że sam się z nimi borykał. Kobayashi jest przykładem człowieka, który nie ma już nic do stracenia. Przez los jaki zgotowało mu życie wydaje się być całkowicie sfrustrowany, a jednocześnie twierdzi, że ma przewagę nad ludźmi, którzy posiadają dobra materialne, bo nie jest ich więźniem. Nie musi się niczego obawiać, więc nie musi dbać chociażby o pozory w społeczności, w której żyje. Sprzeczność stanowi jednak fakt, że mimo, iż niczego się nie boi nie ma wyboru jaki mają ludzie posiadający pieniądze. To życie dyktuje mu warunki.
Jeśli mowa o Kobayashim, warto przytoczyć tutaj list, który dał Tsudzie do przeczytania. Nadawcą był jego znajomy, który pisał o swojej samotności, niezrozumieniu przez otoczenie o tym, że przez wyrachowanego wuja jego istnienie zostało sprowadzone do maszyny która codziennie wstaje by wykonywać cudze polecenia. Bez celu, bez marzeń, bez własnej świadomości istnienia. Pisał on, że gdyby tylko na tym świecie pojawiła się osoba, która poczuje współczucie względem niego, będzie to świadczyło o tym, że jest jeszcze człowiekiem, że jest istotą która ma jakąś wartość. Wzruszający był to list, mówiący o wykorzystywaniu ludzi dla własnej wygody i pozbawianiu ich człowieczeństwa.
Porzucając rozważania nad fabułą utworu muszę jeszcze powiedzieć o jednej rzeczy, która zmusiła mnie do zastanowienia. Mianowicie – styl. Momentami ciężko czytało mi się książkę ze względu na… na styl właśnie :) Nie mogłam dojść do tego, czy takie utwory jak „Jestem kotem”, „Sedno rzeczy” były napisane innym językiem, czy może to kwestia obróbki tekstu po tłumaczeniu. Wniosek mój jest taki, że to jednak kwestia korekty. Język japoński charakteryzuje się kompletnie innym szykiem zdania niż język polski więc kompletnie nie dziwi mnie, że praca przy tłumaczeniu tekstu japońskiego polega na dwukrotnym przekładzie. Z japońskiego na polski i z polskiego na polski, który wydaje się jasny, logiczny i nie męczy. Tego ostatniego miejscami mi zabrakło i dlatego zdania wielokrotnie złożone, uzupełniane wtrąceniami a la „nawiasem mówiąc” czasem utrudniały mi odbiór, bo musiałam mocno skupiać się nad ich sensem. No ale na to już nic nie poradzimy.
Na sam koniec chciałam wyrazić ogromną radość i wdzięczność, że powieść „Światło i mrok” miała szanse ukazać się w polskim przekładzie. Pomysł na jej wydanie za sprawą wydawnictwa „Psychoskok” musiał zapewne wypłynąć od tłumaczki, którą w związku z tym podziwiam za ogrom pracy jaki włożyła w tłumaczenie tak długiej (jak na japońskie warunki) pozycji. Jakiś czas temu ubolewałam nad faktem, że twórczość Sōsekiego jest tak uboga w polskie przekłady. Teraz jestem naprawdę szczęśliwa, że polscy czytelnicy mogą dość dobrze zapoznać się z dorobkiem tego autora.

Kobieta, którą porzuciłem – Shūsaku Endō

kobieta, którą porzuciłemI znów wróciłam do Endō. Zaczęłam też zastanawiać się nad całym jego dorobkiem. Przypomniała mi się dyskusja z komentarzy przy okazji „Kawki nad morzem” Murakami’ego. Litera powiedziała wtedy, że choć każda książka Murakami’ego jest trochę inna to ma wrażenie, że każda jest jednak o tym samym. I uświadomiłam sobie właśnie, że to samo można powiedzieć o powieściach Shūsaku Endo. Niby każda opowiada inną historię, są inne wątki, inaczej poprowadzona fabuła, a jednak każda książka opowiada o dziecinnie szczerej wierze w Boga. Choć przyznaję otwarcie, że tak właśnie jest, a co za tym idzie, niejeden powiedziałby, że książki tego pisarza musza być nudne, to jednak lubię Endō za jego własną myśl filozoficzną (bo całkowicie katolicka to ona raczej nie jest).
„Kobieta, którą porzuciłem” opowiada historię mężczyzny imieniem Yoshioka i kobiety imieniem Morita. Trudno powiedzieć kogo bardziej i kto jest głównym bohaterem tej powieści. Poznajemy biednego jak mysz kościelna studenta, choć z wartościami Kościoła nie wiele ma wspólnego. Wraz ze swoim współlokatorem zarabiają pracując dorywczo, marzą o pieniądzach i kobietach. Płatna miłość przekracza ich możliwości finansowe, nasz student postanawia więc spróbować swoich sił w uwodzeniu. Choć słowo „uwodzenie” jest sporym nadużyciem z mojej strony. Czytając gazetę o gwiazdach kina natrafia na list czytelniczki, która pragnie skontaktować się z wielbicielami swojej ukochanej aktorki. Yoshioka wysyła list i niebawem dochodzi do pierwszego spotkania z kobietą. Gburowatość, gruboskórność i chamstwo mężczyzny według mnie nie znają granic, ale ta naiwna dziewczyna zdaje się niczego nie zauważać. Zachwycona, że odezwał się do niej „szanowny pan student” idzie za nim jak wierny kundel. A pan student zobaczywszy tę prostą, niezbyt elegancką dziewczynę z prowincji zamiast miłości zapałał do niej pogardą. Cóż jednak było robić? Chciał kobiety, poza tym na domiar złego po drodze spotkali kolegę z uczelni więc wstyd byłoby, gdyby nie dostał od niej tego czego oczekuje się od kobiety. Zaprowadził więc głupiutką dziewczynkę do obskurnego hoteliku i między „siedź cicho” ,„co się tak wleczesz” itp. wplótł „zakochałem się w tobie” i liczył na jej uległość. Dziewczyna nie chciała z nim pójść, więc rzecz jasna – obraził się. Podreptała za nim niemalże kuląc ogonek, a on zaczął opowiadać o chorobie jaką przeszedł w dzieciństwie, że teraz lekko utyka i kobiety go nie chcą. Zauważył, że gdy tylko robi z siebie ofiarę to dziewczyna staje się mu przychylniejsza, nie może bowiem znieść czyjegoś smutku i cierpienia. Przy drugim ich spotkaniu ulega obłudnikowi, mimo bólu jaki czuje w trakcie stosunku. On kończy bardzo szybko to co zaczął i stwierdza, że nawet nie dało mu to odpowiedniej satysfakcji, po czym opuszcza dziewczynę i wyprowadza się z dotychczas zajmowanego pokoiku. Tak oto właśnie narodziła się „Kobieta, którą porzuciłem”. Losy tej dwójki śledzimy w urywkach dalej.
O czym jest więc ta powieść? O kobiecie, która nie ma pojęcia kim jest Bóg, która żyje jak dziecko, bo ma serce małego dziecka. Nie potrafi patrzeć na smutną twarz kogokolwiek. Rezygnuje ze swoich marzeń, na które ciężko pracowała, bo ktoś akurat potrzebuje pieniędzy, a ona nie może znieść faktu, że mogłaby dać mu uśmiech, ale przez egoizm miałaby tego nie robić. Jest to także obraz kobiety niezwykle samotnej, która za wszelką cenę pragnie miłości. Jakiejkolwiek, ale miłości. Dlatego kurczowo trzyma się „pana studenta” nawet, gdy jego już nie ma. Ostatecznie odnajduje miłość i spokój. Nie u boku mężczyzny jednak, a w szpitalu, w którym pomaga ludziom chorym na trąd. Ludziom, których wszyscy się brzydzą, których wszyscy opuszczają i których nikt już nie kocha. Ona pokochała właśnie ich i dostała od nich upragnioną miłość. Morita Mitsu jest szczera i niewinna niczym dziecko. Niczego nie kalkuluje. I to właśnie czyni z niej człowieka, o którym nie da się zapomnieć. Nawet siostra zakonna, która z nią pracuje stwierdza, że gdyby Bóg zapytał ją jakim człowiekiem chciałaby się stać, to odpowiedziałaby, że takim jak Mirita Mitsu.
A jaki wpływ owa kobieta miała na Yoshiokę? Dla niego na pewno niezrozumiały. Wciąż powtarzał sobie, że jest mnóstwo mężczyzn, którzy w ten sposób postąpili. Może nawet większość. Chce o niej zapomnieć, zwłaszcza, że poznaje elegancką kobietę i w końcu się żeni. Nie jest jednak w stanie wymazać z pamięci dziewczyny, której dobroduszność irytuje go d granic możliwości, napawa go wstrętem i odrazą, a jednocześnie wypala jakieś ogromne piętno samotności w jego sercu. Często wspomina ją i zastanawia się co też mogło się z nią stać. W końcu dowiaduje się o jej losach i choć ma już żonę i swoje własne, wygodne, małe szczęście wciąż czuje się samotny myśląc o Morita Mitsu.
Bohaterowie powieści są dość typowi jak na Endō. Ten, który stoi po stronie Boga – naiwny, szczery, dobry, nieznoszący cudzego nieszczęścia, wydający się trochę głupawym nawet. I ten, który na niego patrzy – poirytowany, czujący odrazę, nie mogący pojąć tego zachowania. Endō wyraźnie zdaje się wskazywać, że ta negatywna postawa jest wynikiem nieuświadamianej sobie przez bohatera zazdrości o sens życia, którego brak ludziom nie kierującym się w życiu miłością bliźniego.
„Kobieta, którą porzuciłem” nie należy raczej do entuzjastycznych, lekkich powieści. Większość czasu jest czytelnikowi jakoś przykro, niezależnie od tego czy poruszany jest akurat wątek Mitsu, czy Yoshioki. Nie można jednak powiedzieć, że powieść jest całkowicie dołująca. Daje bowiem nadzieję na odnalezienie szczęścia w trudach życia. Szczęściem tym jest miłość.

Kobieta z wydm – Kōbō Abe

kobieta z wydmChoć „Kobieta z wydm” jest chyba najbardziej znaną w Polsce pozycją Kōbō Abe zawsze wydawała mi się nie tak fascynująca i wciągająca jak chociażby „Czwarta epoka”, czy „Schadzka”. Dlaczego? Bo jak na Abe jest najmniej abstrakcyjna. Nie ma w niej aż tylu niedorzeczności, motywów, które trudno pojąć co w wymienionych później przeze mnie powieściach autora. Kobieta z Wydm jest raczej „przejrzysta”. Nie znajdziemy w niej też jakiejś super zawrotnej akcji, raczej jest to ciągła walka rozgrywająca się w głowie samego bohatera. Tym razem jednak czytając „Kobietę z wydm” głębiej poczułam jej sens.
Bohaterem powieści jest pewien nauczyciel, który zajmuje się poszukiwaniem nowej odmiany owada z rodzaju Cicindela, gdyż liczy na to, że dzięki temu jego nazwisko zapisze się w historii. Bierze urlop w pracy i wyrusza na wyprawę, na której ma zamiar przemierzyć nadmorskie wydmy. Na miejscu odnajduje wioskę położoną pośrodku rozległego piaszczystego terenu, w której decyduje się spędzić noc. Mieszkańcy proponują mu dom pewnej samotnej kobiety, zagłębiony w jamie i otoczony zewsząd piaskiem. Wchodzi do środka po sznurowej drabince, by nazajutrz odkryć, ze drabinki nie ma. Zwarzywszy na fakt, że wykonana jest ze sznura domyśla się, że wyciągnięto ją z góry, a więc sprawcami zamieszania są ludzie z wioski, a nie mieszkająca w jamie kobieta. I tutaj rozpoczyna się dramat mężczyzny przymusowo uwięzionego w piaskowym dole, z kobietą, która potulnie jak baranek godzi się na bezsensowne oczekiwania wioski. Do ich wspólnych zadań należy bowiem usuwanie osypującego się na dom piasku i to zadanie ma stanowić od teraz sens życia kobiety i mężczyzny. On jednak nie może zrozumieć jakim prawem został uwięziony, dlaczego kobieta godzi się na życie w tej piaskowej klatce i wreszcie po co w ogóle istnieją takie domy i taka wioska, której celem jest codzienne wyciąganie piasku, który jej zagraża. Nauczyciel absolutnie nie może pogodzić się z takim stanem rzeczy, za wszelką cenę próbuje uciec. Obmyśla plany i strategie. Postanawia np. w ramach protestu zaprzestać wydobywania piasku, jednak okazuje się, że kiedy on i kobieta przestają kopać nocami, ludzie mający władze w wiosce przestają dostarczać im wodę do picia. Pokonany musi się poddać i pokornie wrócić do życia wedle narzuconych reguł. Nie przestaje jednak planować ucieczki. Pewnego razu wydostaje się z jamy, jednak mieszkańcy biegnąc za nim kierują go na ruchome piaski, gdzie zmuszony jest błagać ich o litość i o uratowanie mu życia.
Smutna wydaje się to powieść, nasz bohater nagle znajduje się w świecie, w którym obce jest pojęcie „wolna wola”, a narzucone zasady i cele wydają się kompletnie niedorzeczne. Jak więc żyć w takich okolicznościach? Czy da się z nimi pogodzić? Czy da się funkcjonować w tak spartańskich warunkach i nie zwariować? Abe daje nam pewien klucz do rozwiązania tej trudnej sytuacji. Tajemnica tkwi w poczuciu sprawstwa, ujętym przez Abe jako „bilet powrotny”. Pod koniec powieści bohater ma bowiem szanse uciec z wioski. Wszyscy zaabsorbowani są kobietą, która poroniła, i którą należy jak najszybciej zawieść do szpitala. W amoku zostawiają drabinkę sznurową, więc mężczyzna bez przeszkód mógłby teraz uciec. Czemu więc decyduje się zostać? Ponieważ jakiś czas wcześniej odkrył prymitywne w swojej budowie urządzenie, które pozwala na gromadzenie czystej wody z wilgotnego piasku. Od tej pory wie, że nikt nie może stawiać mu już warunków, nikt nie może go szantażować przerwaniem dostaw wody. To właśnie sprawia, że mimo, iż warunki jego życia nie uległy żadnej zmianie, decyduje się pozostać w wiosce. Tym razem jednak jest to jego własna decyzja, a on czuje, że ma władze i kontrolę nad swoim życiem. Wydaje się więc, że przestaje już postrzegać jako bezsens godzenie się na takie życie, bo nagle otaczający go świat jest jego światem, światem, w którym ma coś do powiedzenia.
Lektura „Kobiety z wydm” niejednym mogłaby się wydać niełatwa, albo mówiąc wprost nudna. Warto jednak poświęcić jej czas dla zrozumienia tej istotnej kwestii w życiu człowieka jaką jest poczucie kontroli nad własnym życiem, które daje nam motywacje i koi nasze nerwy. Nie można też odmówić pomysłowości Kōbō Abe, który swoje przesłania prezentuje zupełnie inaczej niż większość współczesnych mu japońskich pisarzy. Porzuca naturalizm i czerpanie inspiracji z własnego życia, zastępując je innowacyjnymi pomysłami i abstrakcją bliższą Kafce niż jego rodakom.

Dziennik szalonego starca. Niektórzy wolą pokrzywy – Tanizaki Jun’ichirō

dziennikStanęłam przed półką i zastanawiałam się co by tu teraz przeczytać. Pomyślałam sobie, że kilkukrotnie na blogu wspominałam o Tanizakim i nawet pisałam, że jest to jeden z moich ulubionych pisarzy. Dlatego też pomyślałam, że czas napisać kilka słów o jego książkach. Na wstępie jak zawsze to co się tyczy całej twórczości autora i garstka moich zachwytów.
Tanizaki Jun’ichirō to w mojej ocenie wariat jakich mało. Jego szaleństwo widać zarówno w twórczości jak i w życiu. O mój Boże! Gdybym znała go osobiście… Hm… Z jednej strony chciałabym uciekać przed nim gdzie pieprz rośnie, bo to człowiek nieobliczalny i nie wiadomo czego się po nim spodziewać. Z drugiej zaś strony fascynowałoby mnie jego szaleństwo, wyjątkowa wyobraźnia, talent, a przede wszystkim wiara w słuszność tego, czego chce i siła ducha. Jego książki kocham właśnie za wyobraźnię i wariactwo.
„Dziennik szalonego starca”, powieść wyróżniona Wielką Nagrodą Artystyczną Mainichi, prawdopodobnie cenić można za wierne sprawozdanie ze starości. To co rzucało mi się w oczy to ogrom nazw leków, które przyjmuje główny bohater, specjalistycznych zabiegów i dokładny opis jego dolegliwości. Niejeden młody człowiek powiedziałby „nuuuda”. Tak i nie. Sama nie miałam pojęcia co to za leki, a podawanie ich nazw uznałabym wręcz za zbyteczne, a jednak tak nie myślę, gdyż cała ta „chorobowa” oprawa nadawała pewnego klimatu, w którym szaleństwo naszego bohatera stawało się jeszcze wyraźniejsze. I możemy nazywać to szaleństwem, a z drugiej strony zastanawiam się, czy to nie jest tak, ze każdy z nas ma w sobie jakieś tęsknoty, ukryte pragnienia, które całe życie chowamy gdzieś głęboko, przeświadczeni, że nie pasują do sztywnych norm narzuconych nam przez wychowanie i odbiór społeczeństwa. Kiedy jednak człowiek się starzeje to wie, że nie ma już nic do stracenia, może wtedy stać się prawdziwym egoistą, który poświęca się spełnieniu swoich własnych pragnień, nie zważając na ocenę otoczenia. Kiedyś zastanawiałam się dlaczego tak często zdarza się, że gdy siadam w autobusie koło jakiejś starszej osoby ona zaczyna ze mną rozmawiać i nie przejmuje się tym, że przecież nie wie, czy ja mam na to ochotę. Początkowo myślałam, że popycha ją do tego ogromna samotność, teraz jednak myślę, że jest to po prostu starość. Starość, która pozwala nie przejmować się ograniczeniami młodych, pozwala na robienie tego na co się ma ochotę, przynajmniej w granicach możliwości fizycznych, które pozostawił jeszcze upływający czas. Tak też jest z głównym bohaterem „Dziennika szalonego starca”. Starość pozwala mu nie hamować swoich potrzeb. Widzimy więc nieco zgryźliwego, upartego staruszka, który trzyma się życia dzięki potrzebie bliskości, podniecenia, a może po prostu zwykłym wspomnieniom młodości. Zaskakujące byłoby jak na Tanizakiego, gdyby historia ta była zbyt grzeczna. Oczywiście można się zastanawiać, czy staruszek targany namiętnościami nie jest wystarczająco „niegrzeczny”, ale kiedy dodamy do tego jeszcze obiekt jego westchnień jakim jest jego własna synowa mamy już mieszankę wybuchową, godną autora. Początkowo czytelnikowi postać synowej wydaje się jakaś niesmaczna. Cóż za zepsuta, rozpustna kobieta – tak sobie myślałam. Dla pieniędzy i wpływów w rodzinie posuwa się do tak strasznych, obrzydliwych czynów. Potem jednak odkrywamy, że paradoksalnie robi to z dobrego serca. Takie są zalecenia lekarza, popycha ją do tego także mąż. A ona sama? Nagle widzimy, że sprawia jej to ból, nie jest tak obojętna na „obrzydliwość” jak się nam początkowo wydawało, a kosztowności i inne zyski są jakby efektem ubocznym. Powieść nie stanowi więc tylko portretu starego człowieka, ale według mnie ważny jest również obraz kobiety w potrzasku między własną godnością, oczekiwaniami starca i oczekiwaniami reszty rodziny.

Ta druga historia „Niektórzy wolą pokrzywy” jest już zupełnie inna. Nie mówi o życiu starego człowieka, a stanowi rozprawę na temat trudności związanych z rozwodem dwojga młodych ludzi, którzy choć są małżeństwem stali się dla siebie prawie obcymi ludźmi. Chociaż nie można pominąć dość wyraźnie nakreślonego wątku teścia i jego o trzydzieści lat młodszej kochanki Ohisy, co jakby koreluje z „Dziennikiem szalonego starca”. Najważniejszy jednak w powieści jest wspomniany już przeze mnie rozwód Kaname i Misako. Są oni zdecydowani by się rozstać, gdyż nic ich nie łączy. Kaname od wielu wielu lat nie interesuje się żoną jako kobietą, a ona zrozpaczona tą sytuacją w końcu poznaje mężczyznę, który okazuje jej zainteresowanie. Sprawa nie jest jednak prosta, a to za sprawą jakby się wydawało przede wszystkim charakteru Kaname. Niby cały czas mówi się o tym jak to „oni” są niezdecydowani, ale według mnie winowajcą jest mąż, który nad wszystko ceni sobie unikanie jakichkolwiek konfrontacji i stresów. Obawa przed podjęciem „męskiej decyzji” napędza przedziwną sytuację, która według mnie staje się jeszcze bardziej kłopotliwa dla małżonków niż sam rozwód załatwiony od razu. Kaname i Misako męczą się ze sobą, niby grają w otwarte karty, mąż pochwala zdradę żony, popycha ją w ramiona tamtego, a jednak wszystko jest sztuczne i pełne pozorów. Udają przed dzieckiem, przed teściem, przed sobą nawzajem. W ich otoczeniu jest jeszcze kuzyn, który czasami składa im wizytę, gdy akurat przyjeżdża z Chin do Japonii. W moim odczuciu jest on jedyną rozsądną postacią tej książki. Trudno może oceniać mi Misako, bo mając takiego męża i takie doświadczenia trudno oczekiwać po niej pewności siebie i zdecydowania. Takanatsu, czyli wspomniany wcześniej kuzyn, początkowo próbuje pomóc małżonką w ruszeniu naprzód, w podjęciu konkretnych kroków, ale widząc, że Kaname zdecydowany jest na „pozostawienie wszystkiego swojemu naturalnemu biegowi” poddaje się. Nie można w końcu pomóc ludziom , którzy nie widzą, że tej pomocy potrzebują i czekają, aż wszystko w magiczny sposób samo się rozwiąże. Zapewne widać z tego co napisałam wyżej, że postać Kaname nie budzi mojej sympatii i gdybym miała przypiąć mu jakąś „łatkę” to nazwałabym go egoistycznym tchórzem. Zaskakujące jest dla mnie też to jak dobrze dogaduje się on ze swoim teściem, człowiekiem starej daty. Tutaj pojawia się jeszcze jeden temat, tak charakterystyczny dla Tanizakiego, a więc przejście od pochwały kultury Zachodu, ku uwielbieniu tego co tradycyjnie japońskie. Kaname jest bowiem człowiekiem nowoczesnym, jego żona podobnie, oboje czują się ludźmi nowych czasów, choć im dalej brniemy w powieść tym częściej widzimy, że jest to dość powierzchowna ocena. Kaname ubolewa nawet nad brakiem kultu kobiety w kulturze rodzimej, który tak urzeka go np. w filmach zachodnich i choć uważa je za nieco wulgarne to sądzi, że kobiety tam ukazane są mu bliższe od tych z twórczości okresu Tokugawów – tak łagodnych, czułych i wylewających łzy u stóp mężczyzny. Według niego te drugie nie są takimi przed którymi mężczyzna miałby padać na kolana. W końcu jednak główny bohater orientuje się, że idealną towarzyszką jego życia byłaby kobieta tradycyjna, taka jak lalka z teatru bunraku. Zaczyna dostrzegać urok Ohisy, która odbiera staroświeckie wychowanie od teścia Kaname. Rozszerzeniem pochwały tego co japońskie są również rozważania na temat mroku panującego na scenie, czy obszerny wykład dotyczący przewagi toalety japońskiej nad europejską. Na temat tych samych rzeczy Tanizaki napisał 4 lata później cały esej zatytułowany „Pochwała cienia”, a jak widać jego przemyślenia zrodziły się wcześniej i znalazły sobie miejsce już w „Pokrzywach”.
W obu powieściach można też zauważyć jakąś wzmiankę o matkach głównych bohaterów. Zgodnie z podejściem samego Tanizakiego do własnej matki wyobrażenie matek powieściowych nie różni się zbytnio od pani Tanizaki. W obu przypadkach są to kobiety tradycyjne, drobne, rozmiłowane w sztuce i stanowiące ideał kobiety w ogóle.
Jest jeszcze drobna ciekawostką, która nie jest bynajmniej istotna z punktu widzenia całej powieści, ale zawsze tego typu wzmianki rozczulają moje serce. Warto więc wspomnieć, że prostytutka, do której chodzi Kaname, i której obiecuje wciąż nowe życie, w duchu powtarzając, że więcej się u niej nie pojawi (ach! jakież to charakterystyczne dla takiego tchórza!) opowiada mu nieco o sobie. Wspomina przy tym, że urodziła się w Polsce, ale w wyniku wojny musiała wyjechać do Rosji, potem jeszcze dalej, aż znalazła się w Japonii. Śmieszne to może, że o tym wspominam z takim namaszczeniem, ale czyż nie miło przeczytać, że w tak odległym kraju, tyle lat wstecz ktoś pomyślał o Polsce?
Na zakończenie moich długich wywodów chciałbym jakoś krótko podsumować książkę i być może zachęcić potencjalnego czytelnika do sięgnięcia po tę pozycję. Powiedziałabym tak: Literatura piękna tak szalona, że nikt chyba nie będzie się przy niej nudzić i liczyć strony do końca.