Zatracenie – Osamu Dazai

zatracenie - Dazai OsamuPrzyszedł w końcu czas na urodzonego w 1909 roku Osamu Dazai. Jest to pierwsza książka tego pisarza, o której przyszło mi tu pisać, dlatego jak zwykle najpierw kilka słów o samym artyście.
Dazai to jedna z bardziej pesymistycznych i przygnębiających postaci na scenie japońskiej sztuki literackiej. Choć jak wiemy pesymistów i nieszczęśników tam nie brakowało. Wystarczyłoby wspomnieć Sōsekiego Natsume, Ryunosuke Akutakagwę, czy Yukio Mishimę. Co więc wyjątkowego jest w Dazaiu? W kontekście tego utworu myślę, że fakt utraty człowieczej godności, która jest wynikiem wspomnianego wcześniej nieszczęścia.
Powieść „Zatracenie” (w dosłownym tłumaczeniu „Utrata człowieczeństwa”) jest w dużej mierze oparta na autobiograficznych wątkach pisarza. Składa się z trzech części: wstępu – w której to narrator na podstawie trzech fotografii opowiada w trzeciej osobie o głównym bohaterze utworu – Ōba Yōzō, trzech dzienników pisanych w pierwszej osobie, oraz epilogu przestawiającego genezę powstania utworu, którą jest inicjatywa narratora wstępu.
W głównej części, czyli dziennikach mamy okazję prześledzić życie pewnego nieszczęśliwego mężczyzny od czasów, gdy był małym chłopcem, aż do osiągnięcia mniej więcej trzydziestu lat. Burzliwe jest to życie. Już na początku, jako mały chłopiec boryka się ze strachem przed ludźmi, których jak twierdzi „nie potrafi zrozumieć”. Bojąc się ciosów, które spadają na niego z każdej strony, a które przeżywa wyjątkowo dotkliwie, zamyka się w swojej własnej skorupie, nie wpuszczając nikogo za jej delikatną powierzchnię. Bojąc się ataku, który dotknąłby go osobiście, stwarza postać wesołka i „cwaniaka”, którego nie sposób zranić, gdyż jest jedynie postacią fikcyjną. Mimo tego rozpaczliwie boi się zdemaskowania. Udaje mu się jednak przetrać okres wczesnoszkolny. Opuszcza rodziców, by kształcić się dalej. Gdy wchodzi w wiek dojrzewania pojawiają się u niego pierwsze marzenia, które dotyczą tego, jak ułożyć sobie życie. Chce zostać malarzem. Brak wiary w to, że ma prawo do marzeń i ciągły strach przed ludźmi popychają go jednak w zupełnie inną stronę. Zaczyna spotykać się z niewłaściwymi ludźmi, zaprzyjaźnia się z chłopakiem głównie oddającym się prostym rozrywkom, wstępuje do organizacji komunistycznej. Potem jest tylko gorzej… Począwszy od rzucenia szkoły, zerwania kontaktów z rodziną, poprzez alkoholizm, prostytucje, a na próbie samobójczej kończąc…
Czytając „Zatracenie” w mojej głowie pojawiło się pewne skojarzenie, którego nie mogłam się pozbyć już do końca – „Zbrodnia i kara” Fiodora Dostojewskiego. Co łączyło te dwa tak odległe od siebie kulturowo utwory? Duchowa kara z jaką musieli zmierzyć się główni bohaterowie – ich rozterki, nigdy nie gasnący strach przed ludźmi, poczucie winy, ciągłe podejrzenia, bezgraniczna samotność. Co było przyczyną zaistniałego stanu ducha Raskolnikova wszyscy wiemy. Jakiej zbrodni dopuścił się więc Ōba Yōzō – autor pamiętników o zatraconym człowieku? Jego zbrodnią był kompletny brak asertywności i jakiejkolwiek inicjatywy. Miałam wrażenie, że bohater jest workiem wyrzuconym na wąskim mostku. Unosi się wraz z wiatrem, kompletnie mu poddany, obijając się to o balustradę, to o podstawę, aż w końcu wyniesiony ponad obręcz spada na rzekę i zostaje wciągnięty w jej głębinę. To właśnie przerażająca bierność, niemożność podjęcia jakiejkolwiek decyzji popycha bohatera do coraz to gorszych „grzechów”, o które wciąż się obwinia. Czasami coś w wewnątrz mnie krzyczało: „no proszę! Weź się w garść, po prostu wyjdź stamtąd, albo zrób to co uważasz za stosowne, a będziesz szczęśliwy!” Ale nic nie mogłam przecież zrobić. Co gorsza – jestem sobie w stanie wyobrazić, że gdy życie, czy jak to nazwałam „wiatr na moście” raz nas uniesie wbrew naszej woli to trudno uwierzyć, że jest w nas ciężar pozwalający stawić mu opór. Wtedy pozwalamy na błędy, jeden po drugim, a każdy kolejny sprawia, że naturalnym jest popełnienie kolejnego. Takie błędne koło. I w takim właśnie kole znalazł się Yōzō.
W tym miejscu należałoby może jeszcze zastanowić się co sprawiło, że pozwolił on na ten pierwszy raz. Według mnie – dom. Gdy jesteśmy mali, jesteśmy też kompletnie bezbronni. To nasi bliscy muszą nauczyć nas bronić się przez nieszczęściem, to oni stoją na straży naszych uczuć i pokazują, że są ważne, że się liczą i że nie wolno się poddać w walce o to, byśmy byli szczęśliwi. Jednym słowem po prostu nas… kochają. Na końcu powieści, z ust właścicielki baru padają kluczowe dla mnie słowa, pozwalające dojść do sedna problemu: „Winny jest jego ojciec – powiedziała jakby nigdy nic.” I rzeczywiście. Ktoś komu nie uświadomiono, że ma prawo do szczęścia zgodnego z jego własną wizją, że jest dobrym, wartościowym człowiekiem, pełnym zalet właściwych tylko jemu, czyli po prostu ktoś kogo nie kochano, nigdy nie będzie w stanie pokochać siebie. A to właśnie szeroko rozumiana miłość jest podstawą człowieczeństwa.
Czy warto więc czytać tak przygnębiającą powieść? Odpowiedziałabym bez zastanowienia: tak! Chociażby dlatego, by móc spojrzeć na własne życie z trochę z innej perspektywy. By być w stanie uświadomić sobie, że nasze nieszczęście nie jest często wynikiem nieubłaganego losu, a naszych własnych słabości. Tego, że nie potrafimy mu powiedzieć „nie”.

Norwegian wood – Haruki Murakami

norwegian wood - Haruki MurakamiPrzy ostatniej książce tego autora pomyślałam sobie: „Więcej nie będę już o nim pisała, ileż razy można krytykować to samo?”. Tak się jednak złożyło, że rozmawiałam ostatnio z kimś na temat upodobań w literaturze japońskiej i jako jedną z książek Murakamiego wymieniono „Norwegian wood”. Musiałam się przyznać, że jej nie znam. Nie pozostało mi nic innego jak… założyć słuchawki i dzielnie pójść do pracy z nową historią Murakamiego rozbrzmiewającą mi w uszach. Ale dlaczego zdecydowałam się znowu pisać o jego twórczości? A dlatego, że czekałam cierpliwie, aż nadejdzie moment kiedy w duchu stwierdzę „To nie ma sensu…”, ale on nie nadszedł! Naprawdę byłam zszokowana. Wciąż słuchałam w niepewności, jak gdyby zaraz jakiś absurd miał się wyłonić zza rogu, ale… no nie chciał się pojawić.
Potem przeczytałam, że „Norwegian wood” to jedna z nielicznych realistycznych książek autora. Jak dla mnie – zdecydowanie najlepsza jego książka! Naprawdę miała sens i w końcu mówiła o czymś.
Powieść przedstawia historię studenta Watanabe, który rozpoczyna naukę na prywatnym, choć niezbyt renomowanym uniwersytecie w Tokio. W pociągu przypadkiem spotyka dziewczynę swojego przyjaciela z liceum, który popełnił samobójstwo. Od tego czasu on i Naoko zaczynają się spotykać, wciąż spacerują w milczeniu po ulicach miasta, aż pewnego razu odprowadza ją do mieszkania, gdzie dochodzi między nimi do zbliżenia. Zaraz potem dziewczyna wyjeżdża do odległego sanatorium, gdyż okazuje się, że cierpi na depresję w skutek traumatycznych przeżyć z przeszłości. Watanabe zostaje wierny dziewczynie (przynajmniej sercem, bo przecież gdyby był wierny i ciałem to Murakami nie miałby jak wprowadzać swoich ulubionych scen erotycznych…), jednak na uczelni poznaje Midori, z którą zaczynają łączyć go bliskie, choć przyjacielskie stosunki. Midori również nie ma w życiu łatwo, jednak jest bardzo silną dziewczyną, która zawsze znajduje dla siebie ucieczkę od trudów codzienności (chociażby dzięki fantazjom erotycznym, a jakże!). Mimo, że dziewczyna zwierza mu się właściwie ze wszystkiego, on zamyka przed nią swoje serce, które wciąż trwa przy Naoko. Odwiedza ją w sanatorium, gdzie do akcji zostaje wprowadzona jeszcze jedna bohaterka Reiko, współlokatorka chorej. Ten wątek akurat w ogóle mnie nie przekonał i był bardzo „w stylu” pisarza. Trzynastoletnia dziewczynka napastująca seksualnie trzydziestoletnią kobietę, której w trakcie tych pieszczot było lepiej niż z mężem… Wolałabym to pominąć, żeby nie psuło mi obrazu tej książki, ale nie mogę się też oszukiwać – ten fragment nie zniknie! Wróćmy jednak do głównego wątku. Otóż Midori zakochuje się w Watanabe i wyznaje mu miłość, ale on nie jest wstanie rzucić się radośnie w jej objęcia, bo wciąż czuje się odpowiedzialny za Naoko, mimo, że sam odkrywa w sobie głębsze uczucia do nowo poznanej koleżanki. Jak kończy się ta historia? Tego nie zdradzę, ale powiem tylko, że do samego końca książka jest po prostu dobra.
Wciąż jeszcze pozostaję pod wrażeniem tej pozycji. Zaskoczyła mnie niebywale. Okazuje się bowiem, że Murakami ma coś do powiedzenia. Dla mnie książka opowiada o bliskości i miłości. Ale nie tej banalnej, romantycznej, gdzie spotyka się dwoje ludzi i pada sobie w objęcia. Dla mnie ukazuje prawdziwe oblicze miłości, bo nie mówi o uczuciu budzącym się między tymi, którzy są szczęśliwi, piękni i niczego im nie brakuje. Pewnie, że radosne chwile dobrze jest dzielić z drugą osobą, bo radość jest wtedy podwójna. Jednak najbardziej potrzebujemy drugiej osoby, gdy jest źle, ale właśnie wtedy trudno jest się przed kimś otworzyć. Nikt z nas nie chce pokazać, że jest słaby, bo staje się łatwym celem ataku, dlatego często chowamy w sobie całe cierpienie, męcząc się z nim w samotności. Na końcu czarnego, mrocznego tunelu może jednak być małe światełko do którego coś nas przyciąga – tym czymś jest miłość, która daje nam siłę, by ruszać rękami w tym ulubionym przez Murakamiego „ciepłym błocie” i za wszelką cenę starać się wypłynąć na powierzchnię. O tym dla mnie jest ta książka. Każdy tam rozpaczliwie macha rękami i łapie się czego może. Jednym się udaje, innym nie, ale powodem, dla którego tak długo walczą jest bliskość i intymność, która daje nadzieję.
Na koniec słów kilka o samy tytule „Norwegian wood”, który jest równocześnie tytułem piosenki Beatlesów. Gdzieś przeczytałam takie wytłumaczenie, że tytuł utworu pochodzi od piosenki, która często pojawia się w utworze. Kropka. Zastanawiam się, czy autor słuchał w ogóle piosenki, bo myślę, że stwierdzenie, że łączy ją z książką tyle, że się w niej pojawia jest niewystarczające. Według mnie piosenka nie przypadkowo zasłużyła na to, by podzielić się swoim tytułem. Zastanawiam się nawet, czy inspiracją do stworzenia tego utworu literackiego nie była właśnie piosenka. Nie znajdziemy w niej długiego rozbudowanego tekstu. To krótka historia o tym jak w życiu mężczyzny, dosłownie na chwile, pojawiła się kobieta. Wszystko jest takie beztroskie i niezobowiązujące, ale naglę ona znika, bez uprzedzenia, nie wiadomo gdzie. Pozostał tylko dziwny, nieokreślony smutek i tęsknota za tym co dopiero minęło.
Podsumowując muszę pochylić w pokorze głowę i przyznać, że… nie miałam do końca racji. Oczywiście książka ta nie sprawi, że nagle stanę się entuzjastką Murakamiego, ale przyznaje, że może czasami ma on coś do powiedzenia. Zachęcam więc do przeczytania utworu, zwłaszcza wszystkich tych, którzy jak ja kojarzą autora z takimi utworami jak: „Kronika ptaka nakręcacza”, „1Q84”, czy „Przygoda z owcą”. A może znawcy jego twórczości potrafiliby podpowiedzieć mi inne pozycje autora, w których podziemne stwory przypominające pradawne kręgowce nie wychodzą z brzuchów kaszalotów?

Na rozstaju – Higuchi Ichiyō

na rozstaju - Higuchi IchiyoPrzyszedł czas na kobietę. O tak! Większości ludziom umiarkowanie zainteresowanym kulturą Dalekiego Wschodu i literaturą, pewnie do głowy by nie przyszło, że pierwsza powieść świata narodziła się w Japonii, w dodatku jej autorką była tworząca na przełomie X i XI wieku Murasaki Shikibu. Jak to się stało w takim razie, że odkąd prowadzę ten blog nigdy nie pisałam o żadnej książce napisanej przez kobietę? Kobiety w Japonii odgrywały bardzo ważną rolę w czasach pradawnych. Z wykopalisk wiemy, że prawdopodobnie jako te, które rodziły dzieci i zapewniały ciągłość osady były ważniejsze od mężczyzn. Gdy do Kraju Wschodzącego Słońca dotarły nowinki z kontynentu, a wraz z nimi myśli Konfucjusza ich pozycja mocno się osłabiła. Skądinąd znany jest fakt, że Japończycy zawsze mieli niezwykłą zdolność do godzenia ze sobą rzeczy, które na pozór się wykluczają. Nie było więc problemu z tym, żeby w okresie dworskim (czyli właśnie wtedy kiedy tworzyła Murasaki) ludność pozostawała wierna obrzędom szintoistycznym, buddyjskim i konfucjańskim jednocześnie. Mimo jasnych zasad głoszonych przez chińskiego myśliciela, panował ogólny religijny „rozgardiasz”, a kobiety wciąż nieźle sobie radziły i znajdowały dla siebie miejsce. Temu okresowi zawdzięczamy więc takie dzieła jak „Opowieść o księciu Genji”, czy „Zapiski spod wezgłowia” autorstwa kobiet właśnie. Wraz z nastaniem rygorystycznego shogunatu, czyli około XII wieku, rola kobiet została całkowicie zmarginalizowana. Od tego czasu próżno szukać przedstawicielek płci pięknej, którym udało się przebić przez męską dominację, wyjść spod ciemnych, głębokich okapów domostw, o których pisał Tanizaki w „Pochwale cienia” i zostawić coś dla potomnych. Wszystko zaczęło się na powrót zmieniać po Restauracji Meiji w 1868 roku, kiedy to Japonia przeżyła prawdziwą rewolucje kulturową. Oczywiście zmiany w mentalności Japończyków były bardzo powolne, stąd dziwić może fakt, że udało się to dziewczynce z biednej rodziny, Higushi Ichiyō.
Wszystko dzięki ojcu, który wspierał jej edukację i dążenie do pisarstwa, o czym zresztą możemy przeczytać we wstępie zbioru opowiadań „Na rozstaju”. To dowód na to jak wiele możemy osiągnąć, gdy mamy wsparcie rodziców, nawet tylko to duchowe, a jak trudno jest nam, gdy nasi najbliżsi są nam przeciwni. Nie da się też zaprzeczyć, że to upór młodej pisarki zapewniły jej w końcu uznanie, bo łatwo to ona wcale nie miała…
A jakie są więc efekty jej pracy? Hm… Słowo, które jako pierwsze przychodzi mi do głowy, gdy myślę o przeczytanych utworach to: kobiece. I mimo, że sama jestem kobietą, nie jestem pewna, czy w moich ustach brzmi ono pochlebnie. Może też nie powinnam stawiać znaku równości między tym co kobiece, a tym co ckliwe, banalne i romantyczne. No, ale taka już jestem. Muszę jednak przyznać, że „im dalej tym lepiej”. Ale po kolei – pierwsze opowiadanie „Wiśnie o zmierzchu” przytłoczyło mnie najbardziej. Jest to krótka historia chłopca i dziewczyny, którzy razem się wychowali, ale któregoś dnia dziewczyna odkrywa, że kocha swojego przyjaciela. Wstydzi się tęgo uczucia, nie chce się do niego przyznać. W końcu choruje i umiera. Tyle. W opowiadaniu dużo jest popisów wykształconej pisarki, wiele nawiązań do literatury klasycznej i utartych zwrotów. Za to narracja według mnie jest słaba, mało rozbudowana, mimo, że sama pisarka mówiła, że chce pisać o prawdziwych uczuciach zabrakło mi tu takiego ich opisu, który pozwoliłby mi się wczuć w tragedię tych dwojga i wzruszyć. Takie odczucia miałam czytając też kolejne opowiadania, choć za każdym razem zdawało mi się, że narracja jest coraz lepsza, coraz więcej wyjaśnia, daje możliwość zrozumienia emocji i motywów bohaterów. W końcu doszłam do „Wigilii Nowego Roku” opowiadającego o służącej Omine, która zostaje przyjęta u dość wymagającej pani, w dodatku wuj, który ją wychował zachorował i ma trudności z utrzymaniem rodziny. Prosi dziewczynę o pomoc, a ta nie mając innego wyjścia decyduje się na kradzież. Była to pierwsza historia nie o miłości jaką przeczytałam z tego zbioru i być może dlatego zrobiła na mnie większe wrażenie niż poprzednie. Trzeba przyznać, że autorka popisała się też dość niebanalnym zakończeniem. Występuję tam element zaskoczenia, poza tym nie wszystko zostało powiedziane do końca, co sprawia, że czytelnik pozostaje zaintrygowany jeszcze po zakończeniu lektury. Śmiało mogę powiedzieć, że gdy czytałam książkę uznałam ten utwór za pierwsze udane opowiadanie Higuchi – oczywiście w mojej ocenie.
No i w końcu perełka, czyli „Zabawa w dorosłych”. Nic dziwnego, że jest to jedno z najbardziej cenionych opowiadań pisarki. I ja nie mogłam oderwać się od lektury zaciekawiona tym co będzie dalej. Historia kilkorga dzieci, które żyją w pobliżu dzielnicy rozrywkowej, a mimo to wiodą zwyczajne dziecięce życie. Bawią się i dobierają w rywalizujące ze sobą grupy, mimo, że tuż obok nich rozgrywają się sceny pełne konwenansów, w których udział biorą „zaszufladkowani” dorośli. W końcu przychodzi czas, by ich beztroska się skończyła, muszą dorosnąć. Jeden chłopiec zostaje wysłany na nauki do szkoły dla mnichów, a dziewczynka nie może poradzić sobie z kłębiącymi się w jej środku uczuciami, po tym jak… no właśnie – jak co? Higuchi jedynie sugeruje jaki los spotkał dziewczynkę. W każdym razie od tej pory nic już nie będzie takie jak było. Mimo, że jeszcze wczoraj wszyscy byli dziećmi (może nadal są?), dziś muszą zmierzyć się z dorosłością.
Do udanych opowiadań zaliczyłabym także „Pancerz cykady” przedstawiający historię dziewczyny, która postradała zmysły po utracie ukochanego. Znów brzmi dość banalnie, ale atutem tego utworu jest fakt, że autorka nie skupiła się tylko i wyłącznie na „achach i ochach” nad wzniosłą miłością, ale ukazała nam też emocje rodziców chorej i jej… nowego narzeczonego.
Kolejno „Mętna woda”, która mnie kojarzyła się klimatem „Krainy śniegu” Kawabaty (choć wiem, że to Higuchi tworzyła wcześniej!), „To dziecko”, które bardzo trafnie ukazuje relację między mężem, a żoną i nić porozumienia jaka wytworzyła się między nimi dzięki tytułowemu dziecku, aż w końcu „Na rozstaju” – historia dwojga młodych ludzi, których serca ciągnęły do siebie, a głowy rozsądnie kalkulowały.
Podsumowując moje wrażenia po przeczytaniu zbioru opowiadań „Na rozstaju” mogłabym powiedzieć, że była to ciekawa lektura. Musze jednak szczerze przyznać, że jest ona dla tych, którym nie obce są realia dawnej Japonii i potrafią się wznieść ponad różnice kulturowe, które je dzielą od naszej rzeczywistości, by móc odczytać uniwersalne przesłanie. No i w końcu – dla tych, którzy cierpliwie dotrą do opowiadań, które nie nudzą.

Głos góry – Kawabata Yasunari

Głos gór - Kawabata Yasunari
Znów wracam do japońskiego noblisty. Ostatnim razem sięgając po jego książki po kilkuletniej przerwie zadziwił mnie fakt, że nie były spokojne i mdłe tak jak to zapamiętałam. Ku mojej uciesze odkryłam w nich intrygę, element zaskoczenia itd. Poszłam więc za ciosem i postanowiłam przypomnieć sobie „Głos góry”. I cóż… Już wiem skąd wzięło się moje poprzednie odczucie związane z prozą tego pisarza.
„Głos góry” to historia mężczyzny około sześćdziesiątki, który zaczyna przeczuwać zbliżającą się nieuchronnie śmierć. Nie chodzi bynajmniej o to, że bohater jest ciężko chory lub z jakiegoś innego powodu można by podejrzewać, że koniec jest blisko. Chodzi jedynie o jego wiek, o etap życia do jakiego doszedł. Coraz więcej jego znajomych umiera, a on spotyka się z tymi, którzy zostali przy życiu głównie na pogrzebach. Symbolem nadchodzącego kresu życia jest dziwny głos, który pewnego razu dobiega do jego uszu zza domu. Początkowo nie może zrozumieć, co to za hałas. W końcu uświadamia sobie, że to góra za domem woła go. A dlaczego akurat głos góry staje się symbolem śmierci? W japońskich wierzeniach góra jest łącznikiem między ziemią a niebem. To tam wędrują dusze zmarłych, gdyż stamtąd bliżej im do Niebieskich Przestworów. Choć główny bohater ze spokojem przyjmuje naturalną kolej rzeczy i bez strachu stawia czoło tytułowemu „głosowi góry” to jednak wciąż wokół niego dzieje się dużo. Trzeba jednak przyznać, że nie są to sprawy, które dotyczą bezpośrednio jego osoby. Jego życie zmierza ku wyciszeniu, a kolejne akty ze sztuki życia rozgrywają się już w jego otoczeniu. Codzienność Shingo, bo tak ma na imię starzec, wypełniają sprawy jego dzieci – syna, który ma piękną młodą żonę, ale zaledwie rok po ślubie już zdradza ją z inną kobieta, oraz córki, której małżeństwo okazało się porażką. Nawał problemów rodzinnych rozwiewają na moment wspomnienia zmarłej siostry żony, która była jego wielką miłością, ale z którą nie było mu dane spędzić życia.
„Głos góry” to dość spokojnie tocząca się opowieść o człowieku, który dożył wieku, kiedy czas na podsumowania. Czy Shingo zadowolony jest ze swojego życia? Myślę, że nie do końca. Zawsze chcielibyśmy więcej. Mężczyzna wydaje się raczej pogodzony z tym, że spędził życie u boku kobiety, w której nie był zakochany. Wraz z żoną wydają się być zgodnym małżeństwem, którym na pewno nie wadzi życie razem. Nie może on jednak zapomnieć o tej, która przed laty zawładnęła jego sercem. Wciąż wspomina ją z nutką żalu i tęsknoty. Istotną kwestią dla człowieka, który chciałby już odpocząć są problemy jego dzieci. Shingo wie, że nie wiele przecież może uczynić, bo to nie on podejmuje ostateczne decyzje. Nie może jednak przejść spokojnie nad faktem, że w jego rodzinie nie dzieje się dobrze. Kawabata wplata tu ciekawy motyw, mianowicie pewien rodzaj miłości jaką teść darzy swoją synową. Czy jest to miłość rodzicielska, zadurzenie, a może jeszcze coś innego? Myślę, że trudno to jednoznacznie nazwać, zwłaszcza, że sam bohater zdaje się wypierać jakiekolwiek niemoralne aspekty własnych uczuć. Trzeba tu jednak zwrócić uwagę na jeszcze jedną kwestię. Córka Shingo, Fusuko, wyszła za mąż wyjątkowo pechowo, gdyż jej mąż okazał się handlarzem narkotyków, na którym nie mogła polegać. Przez dłuższy czas przychodzi żalić się do rodziców, nim w końcu decyduje się odejść i wrócić do domu rodzinnego. A jaki jest stosunek jej ojca do całej sprawy? Dość oschły. Można by było tłumaczyć to w ten sposób, że jako mężczyzna stara się zachować zimną krew i podejść do sprawy bez nadmiernych emocji lub po prostu ukryć fakt, że to przeżywa. I w pewnym sensie myślę, że tak właśnie jest, jednak razi fakt, że mówiąc o sprawach swojej córki najczęściej skupia się na tym, że gdy wróci ona wraz z dwójką dzieci, będzie to duże obciążenie dla ich budżetu domowego. Jeśli chodzi natomiast o synową, Kikuko, wydaje się podchodzić do rzeczy zupełnie inaczej. Jej upokorzenie, osamotnienie, i w ogóle uczucia jako takie, odgrywają dla niego niezwykle istotną rolę. Często pochyla się nad jej losem współczując jej tego jak jest traktowana przez męża. Troska jaką Shingo darzy młodą żonę syna z pewnością przerasta tę, która zarezerwowana jest dla jego własnych dzieci. Zapewne sprzyja temu fakt, że i synowa jest niezwykle przywiązana do teścia. Trudno wyobrazić sobie głęboką intymność między małżonkami mieszkającymi z teściami pod jednym dachem, gdzie ściany są cienkie jak papier (lub nawet są z papieru!), zwłaszcza, że mąż ma kochankę gdzieś w odległym i ustronnym miejscu. Nic więc dziwnego, że samotna Kikuko szuka bliskości (nie tej fizycznej oczywiście) wśród innych domowników i znajduje kogoś kto może jej ją zaoferować. Mimo jej wielkiego przywiązania do teścia, który rozpieszcza ją bardziej niż własne dzieci, starzec okazuje się być wyjątkowo rozsądnym i dbającym o dobro swoich dzieci ojcem. Dla niego również towarzystwo synowej jest niezwykle wygodne, w końcu pomaga mu we wszystkim. Sugeruje jednak, że młodzi powinni zamieszkać osobno, bo to zbliżyłoby ich do siebie. Stawia więc dobro syna nad własne. Tak się jednak nie dzieje. Zdaje się, że syn inaczej rozumie małżeństwo niż ojciec i wcale nie zależy mu na budowaniu intymnej relacji z żoną. Jest dla niej oziębły, nie liczy się z jej uczuciami. Ponoć winna wszystkiemu jest wojna, która zmieniła go w nieczułego potwora.
Jak kończy się książka? Tak jakbyśmy z dnia na dzień wyjechali ze świata bohaterów. Nie znajdziemy więc wyjaśnienia wszystkich wątków, większość spraw nie zostało zamkniętych, po prostu skończyła się powieść. Co stanie się z Kikuko i jej mężem? Z rozwiedzioną Fusako? Możemy tylko snuć przypuszczenia na ten temat.
„Głos góry” to pozycja nie dla tych, którzy szukają przygód i wartkiej akcji. To książka skłaniająca do zadumy nad własnym życiem jeśli doszliśmy już do „etapu podsumowań”, ale też może być okazją do zmiany perspektywy, do zastanowienia się nad tym jak spojrzymy na nasze sprawy kiedyś, za kilkadziesiąt lat lub co czują nasi czujący za nas odpowiedzialność rodzicie, widząc jak miotamy się między wyborami, które ukształtują ostateczny obraz naszego istnienia tu na ziemi.

Aforyzmy japońskie – Akutagawa Ryūnosuke, Hagiwara Sakutarō, Natsume Sōseki, Sakaguchi Ango

aforyzmy japońskie - Akutagawa, Hagiwara, Natsume, Sakaguchi
„Więc błagam cię, Panie, nie czyń mnie biedakiem, co ni ziarna ryżu nie posiada, ani też bogaczem, któremu się przykrzą delicje z niedźwiedziej łapy. Niech się nie ogląda za mną żadna prosta chłopka od siana i grabi, niech mnie nie kochają damy piękne i wytworne. Nie daj mi być głupcem, co ziarna pszenicy nie odróżnia od grochu, a tym bardziej mądrze przenikliwym przepowiadaczem pogody.”
Ten właśnie fragment z otwierającej zbiór „Modlitwy błazna” przekonał mnie, że warto przeczytać go całego. Zazwyczaj nie lubię czytać tomików wierszy, aforyzmów i tego typu „poćwiartowanych” pozycji, gdyż nie zdążę jeszcze dobrze zastanowić się nad jednym utworem, nie zdążę go przeżyć, a już czytam o czymś zupełnie innym. Najlepiej zapamiętuję te wiersze lub sentencje, na które natrafiam przez przypadek – przeczytam jedną, poczuję ją i zapamiętam. Tym razem jednak postanowiłam uczynić wyjątek i właściwie nie żałuję.
„Aforyzmy japońskie” w wyborze Blanki i Kazuo Yomekawa zaintrygowały mnie pod kilkoma względami. Po pierwsze była to dla mnie kolejna okazja do obcowania z autorami, których bardzo sobie cenię – zwłaszcza Natsume i Akutagawa.
Przytoczony przeze mnie na początku wpisu fragment autorstwa Akutagawy jest dla mnie kwintesencją moich obaw w stosunku do życia i właśnie dlatego tak mocno do mnie przemówił. Zresztą nie da się zaprzeczyć, że z pierwszej części tego zbioru, która poświęcona została uczniowi Natsume wyłania się obraz myślącego pesymisty, któremu co rusz życie podkłada kłody pod nogi. Akutagawa nie wydaje się wcale zarozumiały, raczej sprawia wrażenie zawiedzionego światem i życiem, czasami więc bywa zgorzkniały. I w tym kontekście dziwi więc jedna rzecz. Jak się okazało jednym z tematów, któremu poświęcono wiele miejsca w tym zbiorze jest miłość – niezwykle ciekawy temat zważywszy na realia kulturowe. Dla nas Europejczyków temat miłości w ujęciu kultury Wschodu zawsze będzie fascynujący. Jest bowiem siłą rzeczy inny, bo wyrósł na odmiennym od naszego chrześcijańskiego, gruncie. Czy jednak tak bardzo? Zacznijmy więc od początku. Pisałam już o tym kiedyś, dawno temu, ale czas by wrócić trochę do tematu. My (Europejczycy) jesteśmy przyzwyczajeni do miłości romantycznej, wzniosłych ballad, dramatów Szekspira, poezji Leśmiana itd. Widzimy miłość przez pryzmat przygód Romea i Juli. Dla Japończyków temat miłości romantycznej, która łączy dwoje ludzi na zawsze ze sobą, która w wyniku wielkiego uniesienia splata ich codzienność węzłem małżeńskim była kompletnie nieznana. Małżeństwa zawierano dlatego, że rodzice decydowali, iż ta kobieta będzie odpowiednia dla tego mężczyzny. Ale bynajmniej nie liczyli na to, że będą się kochać! Mieli być tylko partnerami, dzielącymi codzienne życie, posiadającymi zdolność wypełniania uzupełniających się obowiązków. Miłość (a może po prostu pożądanie?) kwitła w dzielnicach rozrywki. To tam mężczyźni wzdychali do cudownych gejsz, a one niekiedy do nich. Wraz z Restauracją Meiji w 1868 roku przywędrowało do Japonii nowe, nieznane uczucie – miłość w rozumieniu europejskim. Powoli zapuszczała ona w tym kraju swoje korzenie i dziś chyba nikt nie odważyłby się powiedzieć, że Japończycy nie kierują się nią przy wyborze swojego życiowego partnera. Dlaczego więc napisałam, że miłość w ujęciu Wschodu jest ciekawym tematem? Bo wyrastała na gruncie zdrowego rozsądku. Dlatego też zdaje się, że łatwiej przychodziło Japończykom trzeźwo ocenić to uczucie. Dowody takiej „trzeźwej oceny” znajdziemy właśnie w zbiorze „Aforyzmy japońskie”. Wśród czterech autorów tylko jeden z nich nie pisze o miłości i małżeństwie jak o życiowym zawodzie. I jest nim właśnie Akutagawa, co wydaje się zaskakujące po tym jak stwierdziłam, że był to człowiek nieco zgorzkniały, zawiedziony życiem. Trzeba jednak przyznać, że jego wypowiedzi zawierają obraz najbliższy pięknemu wyobrażeniu o miłości. Znajdziemy oczywiście stwierdzenie, że „kobieta jest dla nas, mężczyzn, życiem samym. Jest, jednym słowem, źródłem i początkiem wszelkiego zła!”, ale z drugiej strony Akutagawa pisze: „Jedną z cech miłości jest krańcowa wrażliwość na widok twarzy podobnych do twarzy ukochanej kobiety i odkrywanie jej w twarzach nieznanych.” lub „Miłość to tylko poetyczne określenie pożądania. Ale pożądanie nie mające w sobie nic z poezji nie jest godne zwać się miłością.”
Jak piszą o tym uczuciu pozostali? Hagiwara Sakutarō podkreśla przede wszystkim, że człowiek podejmuje decyzje o małżeństwie w najmniej odpowiednim momencie – „kiedy płonie” z pożądania, a przecież ono „zadowoli się każdą, byle którą. Ale dusza pragnie tylko jednej – jedynej wybranej.” Zwraca też uwagę na to, jak ograniczony jest nasz wybór. Porównuje poszukiwanie żony do wyboru nowego kapelusza – żeby na jakiś się zdecydować człowiek musi odwiedzić wiele sklepów, przymierzyć dziesiątki kapeluszy, a i tak nie ma pewności, ze będzie zadowolony, z tego na który się zdecyduje. Co tu dopiero mówić o kobiecie – wybranej z pośród kilku spotkanych w życiu. W innym miejscu stwierdza, że „kobieta i mężczyzna są dla siebie wzajem miotłą do zamiatania i sitkiem na grochowy przecier”. W ten sposób pokazuje, że małżeństwo to wzajemna pomoc przy banalnej codzienności, nie mająca nic wspólnego z wzniosłym uczuciem. W pewnym momencie nazywa małżeństwo nawet klęską, o której przypomina obrączka założona na palec „na wrzącym wulkanie namiętności.” Ciekawa wydaje się też jego refleksja na temat literatury w kontekście miłości: „Małżeństwo daje nam zysk – wiedzę o kobiecie. I stratę, bo tracimy wszelkie złudzenia w tym względzie. Pisarz-kawaler nie potrafi pisać o kobiecie. Żonaty poeta natomiast pisać już nie może.”
Natsume Sōseki z kolei zdaje się podkreślać dwa oblicza miłości – dobre i złe. Mówi o tym, że może nieść ze sobą nienawiść, że jest zbrodnią, ale z drugiej strony jest też świętością. Porównuje ją też do odry, którą trzeba przejść w życiu choć raz. Zauważa jednak, że miłości doświadcza się wielokrotnie.
Sagakuchi Ango pisze natomiast o tym jak kobieta i mężczyzna z czasem poznają swoje słabości i wady, jak rośnie w nich nienawiść, kończy się spokój. Według niego naturalnym jest, że ludzie, którzy się kochają równie mocno się nienawidzą. O małżeństwie pisze tak: „Na każdą kobietę przypada jeden mężczyzna, który ją znieść i wytrzymać może, a na każdego mężczyznę jedna kobieta.” i jeszcze: „Miłość jest chwilowym przywidzeniem; nieodwołalnie ginie i gaśnie. Jakie nieszczęśliwe jest serce dojrzałego człowieka, który tę prawdę pojął.”
Taki oto obraz miłości i małżeństwa przedstawiają nam czterej autorzy „Japońskich aforyzmów”. Dołujące? Jak powiedział ten ostatni – oczywiste.
Inną poruszaną przez wszystkich kwestią jest Bóg i chrześcijaństwo. Przyznam, że zaskoczyło mnie to, że każdy z nich poświęcił temu tematowi jakąś część swoich rozmyślań. Z drugiej jednak strony nie ma się chyba co dziwić, że był to dla nich temat dość istotny zważywszy na fascynację Zachodem, którego kultura opierała się na wartościach chrześcijańskich. Właściwie u wszystkich zauważyć można brak zrozumienia dla doktryny Kościoła, sprzecznej niekiedy z orientalnym rozumowaniem. Akutagawa stwierdza między innymi, że chrześcijaństwo to religia romantyczna, której nawet samemu Chrystusowi nie udało się wcielić w życie. Higawara nie zgadza się z interpretacją słów Chrystusa przez Kościół, Natsume natomiast stwierdza, że „woli żywego człowieka, niż martwego Boga” i dostrzega jego oblicze w nędzarzu, złodzieju, żebraku, ale też w naturze i według niego nie ma prócz tego innego Boga.Sakaguchi Ango stwierdza, że „najwybitniejsza osobowość i najwyższe morale w naszym ładzie są – anormalne! W tym kontekście nie różnią się niczym od zła.”
Poza wspomnianymi przeze mnie wątkami, artyści poruszają też inne tematy. Każdy z nich poświęca więcej uwagi czemu innemu. Postanowiłam jednak skupić się przede wszystkim na miłości przy omawianiu tego zbioru, bo jest to dla nich temat wspólny i chyba bliski każdemu. Zachęcam jednak do zgłębienia reszty mądrości japońskich literatów na temat moralności, wojny, pracy twórczej, czy śmierci. Jeśli tak jak ja ktoś lubi zapisywać na karteczkach cytaty, które są dla niego cenne i przyklejać je do ściany to będzie mógł stworzyć swój własny, okazały kolaż.

1Q84 – Haruki Murakami

1q84 Haruki MurakamiO prozie Murakamiego i moim stosunku do niej już pisałam, więc pewnie powinnam zadać sobie pytanie – po co czytam te książki? Odpowiedź jest prosta. Gdybym miała nad nimi przysiąść i przeczytać poświęcając temu całą moją uwagę to stwierdziłabym, że szkoda mi na nie czasu, ale pracując potrzebuję czegoś co zajmie moją znudzoną głowę. Dzięki Audiotece mam do dyspozycji audiobooki, a wśród nich szereg pozycji Murakamiego. Poza tym jest jeszcze kwestia tego, że jeśli pozwalam sobie coś krytykować to muszę to znać i wiedzieć o czym mówię. Hm… Po takim wstępie chyba nikt nie mógłby się spodziewać pochwał pod adresem omawianej przeze mnie powieści… No ale po kolei.
Przepis na książkę według Haruki Murakamiego:
Składniki:
głęboka studnia
przerwany nurt
ciepłe błoto
twardy penis
Przygotowanie:
Gdy nurt zostanie przerwany, na dno głębokiej studni wrzucić bohatera. Tam jego twardy penis zanurzyć w ciepłym błocie. Do smaku doprawić masą rozbudowanych opisów i porównań według własnego uznania. Voilà! Powieść gotowa!
Oczywiście rozumiem, że mój przepis był mocno sarkastyczny i czuję się trochę niezręcznie wypowiadając się w tym tonie o czyjejś pracy, jednak w tym przypadku inaczej nie potrafię. Każdy chyba przyzna, że wszystkie książki tego autora nie mogłyby się obyć bez wymienionych przeze mnie „składników”.
Musze też przyznać, że do tego tasiemca jakim jest „1Q84” podchodziłam kilka razy w przeciągu pół roku. Przerywałam na kilka tygodni, bo akurat nie miałam czasu, potem wracałam. Nigdy jednak nie miałam wrażenia, że czegoś już nie pamiętam lub coś mnie może ominąć z dalszej treści, jeśli nie będę w stanie powiązać tego z początkiem. Przecież w przypadku prozy Murakamiego wszystkie szczegóły i niuanse nie mają najmniejszego znaczenia. Przy pierwszej, czy drugiej książce tego autora mocno wytężałam umysł. Gdy tylko pojawiała się jakaś nowa postać, nowa scena, w której działo się coś zadziwiającego, chciałam ją dobrze zapamiętać, przeanalizować, żeby wiedzieć co znaczyła, gdy dojdę do końca książki, a zagadka zostanie rozwiązana i będę mogła zrozumieć jej sens. Teraz już tak nie robię. Przecież to i tak nie ma znaczenia, bo postaci i sceny są, mam wrażenie, przypadkowe. Jeśli w tekście pojawi się obraz wiszący na ścianie, który przedstawia dziewczynkę siedzącą na huśtawce, a główny bohater zauważy, że nagle poruszyła oną nogą, to przeżyje rozczarowanie ten kto spodziewa się, że gdzieś w powieści zostanie wyjaśnione dlaczego tak się stało, albo co to miało oznaczać. Proza Murakamiego to dryfowanie od sceny do sceny, od jednego obrazu stworzonego w wyobraźni autora do drugiego, nie koniecznie połączonych logicznym rozumowaniem. Czasami myślę, że te historie są jak sny. Nie tak dawno obudziłam się i zdumiona stwierdziłam, że śniła mi się stacja benzynowa. Stałam w drzwiach automatycznych, a przy dystrybutorach biegał mały niedźwiadek. Zachwycałam się nim i przyglądałam mu się rozczulona. Wtedy z nadjeżdżającego czarnego samochodu wysiadł jego tata – czarny duży goryl, i zaczął mnie gonić. Całe szczęście pokazałam mu palcem stojącego obok mnie blondyna, więc ten przerzucił swój gniew na niewinnego biedaka, a ja poszłam kupić drożdżówkę. Przepraszam za ten osobisty wątek, ale wydaje mi się, że gdybym miała niewątpliwy talent Murakamiego, stworzyłabym z tej historii niezłą powieść.
Zostawię jednak w spokoju głębokie studnie, nurty i brak powiązania zdarzeń. To co najcięższe dla mnie do zaakceptowania w twórczości tego autora to porównania i opisy… Pisarz prezentuje taki przerost formy nad treścią, że wzbudza to we mnie śmiech. Od razu na myśl przychodzi mi kabaret Paranienormalni i ich skecz „Pudzian polskiej literatury”. Uważam, że naprawdę warto go obejrzeć po lekturze. Z czasem do stylu pisarza można jakoś przywyknąć, ale kiedy miałam prawie miesięczną przerwę i wróciłam do jego tekstu, znów wszystko się we mnie gotowało. Ot taki przykład: główny bohater Tengo dzwoni do swojego mieszkania, w którym od jakiegoś czasu mieszka siedemnastoletnia dziewczyna, która nieco dziwnie formułuje zdania. Po krótkiej rozmowie Fukaeri kończy połączenie. Ale to nie było zwykłe odłożenie słuchawki! Rozmowa bowiem została nagle przerwana jakby kabel został przecięty świeżo naostrzonym sekatorem. Przepraszam, że pozwolę sobie na takie wyrażenie ale: na miłość boską! Ona tylko odłożyła słuchawkę! Po co mieszać w to sekator i kogoś kto właśnie go naostrzył?! A scena, w której bohaterka robi test ciążowy? Mistrzostwo! Oczywiście znajdziemy tam szczegółowy opis sikania, ale najlepszy jest finał. Otóż papierek zmienia kolor na niebieski i to znowu nie jest TYLKO niebieski. Gdyby ktoś zobaczył ten odcień na osikanym skrawku celulozy od razu pomyślałby przecież, że idealnie pasuje do samochodu, cadillaca, którym przyjemnie byłoby jeździć po plaży w słoneczny dzień. To zadziwiające, ale naprawdę przesiąknięty moczem papierek w kolorze niebieskim stał się motorem do napisania strony tekstu o wycieczce na plażę. Można się z tego śmiać, ale z drugiej strony trzeba chyba też podziwiać autora tak luźnych skojarzeń i wybujałej wyobraźni.
Na koniec chciałabym przejść do omówienia fabuły książki, której zdecydowałam się poświęcić ten wpis. Właściwie jednak nie wiem co tu napisać. Głównym bohaterem jest trzydziestoletni nauczyciel matematyki, który jednak cały wolny czas poświęca na pisanie powieści. Oprócz mężczyzny na pierwszy plan wysuwa się także Aomame. Również trzydziestoletnia instruktorka fitness, która na zlecenia pewnej starszej pani zabija mężczyzn znęcających się nad żonami. Ich drogi przecięły się już w dzieciństwie kiedy chodzili razem do klasy w szkole podstawowej. Potem każde poszło w swoją stronę. Akcja powieści zaczyna się, gdy za sprawą jakiś „czasów marów” na niebie pojawiają się dwa księżyce. Potem na scenę wchodzą jeszcze Little People, wychodzący z otworów gębowych martwych stworzeń, Fukaeri, która nie stawia znaków zapytania i nie ma miesiączki, lider sekty religijnej Sakigake, który obcuje z małymi dziewczynkami i Ushikawa – brzydal, którego wątek zostaje mocno rozbudowany, właściwie nie wiadomo czemu. Zakochuje się nawet w Fukaeri, kiedy ta na niego spojrzała, ale akurat ten temat nie został rozwinięty. Trudno jest mi tu snuć jakieś górnolotne przemyślenia na temat bohaterów, ich motywów i zachowania, bo… tak bym chciała to określić bardziej literacko, ale z głębi mojego serca wciąż dobija się jedno określenie: „bo kupy się to nie trzyma”. Choć muszę przyznać, że ze wszystkich książek tego autora, które czytałam ta chyba jednak najbardziej przypadła mi do gustu. Może dlatego, że główny bohater jest pisarzem, w związku z czym w tekst zostało wplecionych kilka wypowiedzi wyrażających opinie (może samego autora?) na temat twórczości literackiej. Przykładowo zarzuty krytyków kierowane pod adresem powieści „Powietrzna poczwarka” bardzo przypominały mi te, o których sama bym pomyślała w stosunku do twórczości Murakamiego. Myślę więc, że trzeba mieć pewien dystans do siebie i do tego co się robi, żeby je umieścić w swojej własnej książce. To zdecydowanie potraktowałabym jako zaletę pisarza. Poza tym akurat ta powieść pisarza mniej więcej była spójna, dość dużo elementów zachowało ciąg przyczynowo skutkowy więc całość miała jakiś sens. Oczywiście z akcentem na słowo „jakiś”.
Krytyczna to opinia względem książki, ale teraz powiem coś jeszcze bardziej zaskakującego – polecam przeczytać. Czemu? Żeby przekonać się na własne oczy co znaczy różnorodność literacka. By zakosztować czegoś mimo wszystko wyjątkowego. A poza tym – żeby mieć o czymś negatywne zdanie trzeba to najpierw poznać. Nikogo nie namawiałabym więc do opierania się na mojej opinii, wręcz przeciwnie – zachęcam do przeczytania i dyskusji.

Podróż do Japonii

Tym razem znów nie będę pisała o powieści japońskiej. Dlaczego? Gdyż najzwyczajniej nie miałam okazji żadnej przeczytać. Stało się tak dlatego, że ostatnie dwa tygodnie spędziłam w Japonii.

Od wielu lat kultura Japonii, jej historia, a przede wszystkim literatura zajmuje bardzo ważne miejsce w moim życiu. Po tak długim czasie gromadzenia wiedzy na jej temat postanowiłam skonfrontować ją z rzeczywistością. Oczywiście jest to bardzo duże uproszczenie z mojej strony, bo w przeciągu dwóch tygodni nie da się poznać żadnej kultury, można zaledwie delikatnie musnąć palcem to co jest ona w stanie nam zaoferować.

Czternaście dni spędzone w Kraju Kwitnącej Wiśni spędziłam więc na odwiedzaniu najbardziej znanych atrakcji turystycznych. Mimo to, gdy zostawiałam Japonię za bramkami odprawy na lotnisku, miałam dziwne wrażenie, że nie udało mi się zobaczyć nawet połowy z tego, co było tego warte.

Wizyta w tym kraju wzbudziła we mnie tak wiele emocji i pozostawiła tyle wspomnień, że zastanawiam się jak właściwie powinnam o tym napisać. Co zawrzeć w tak krótkiej formie wypowiedzi jaką jest notatka na blogu? Które wątki poruszyć, a których nawet nie rozpoczynać, bo tego co mam do powiedzenia starczyłoby na całą książkę? Trudne postawiłam przed sobą zadanie.

Napiszę więc może jakie miejsca miałam okazję odwiedzić i co w szczególności będzie mi się z nimi od teraz kojarzyć. Na początek Tokio. Muszę przyznać, że gdy myślałam o tym mieście jeszcze przed wyjazdem, traktowałam je jak najnudniejszą część podróży. Przecież nie ma w nim już nic z „orientalnej” strony Japonii – taki globalny moloch. Jakże się myliłam! To prawda, olbrzymia aglomeracja, ludzi tak dużo, że nie mam pojęcia jak się odnajdują, ale… ale byłam tym oczarowana! Czułam się małą mróweczką w obliczu roju Japończyków, przytłaczały mnie ogromne wieżowce, nie byłam w stanie odnaleźć się w wielopoziomowym świecie, w którym gubiłam orientację, czy jestem pod ziemią, na jej powierzchni, czy może na poziomie drugiego piętra.

Wielopoziomowe Tokio, widok z kolejki na Odaibę

Wielopoziomowe Tokio, widok z kolejki na Odaibę

Mimo to z godziny na godzinę byłam tym coraz bardziej zachwycona. Tokio zmusza do pochylenia czoła przed determinacją Japończyków. Miasto tak ogromne, od kilku wieków co pięćdziesiąt lat wygląda zupełnie inaczej i nic nie stanowi tam przeszkody w realizacji zamierzonych celów. Jeśli bowiem na drodze budowniczym stanęła rzeka, wybudowali piętrowy most, jeśli budynek – droga biegnie nad nim, jeśli góra – wydrążyli w niej tunel. Lecz w tym szalonym, głośnym mieście znajduje się jedna oaza spokoju – Pałac Cesarski. Oczywiście nie miałam okazji wejść do środka, ale byłam na placu, który znajduje się przed bramą do tego odmiennego od reszty miejsca.
Plac przed Pałacem Cesarskim w Tokio

Plac przed Pałacem Cesarskim w Tokio

Nagle przede mną ukazała się płaska powierzchnia,
z grzecznie ułożonym żwirkiem
i starannie przyciętymi drzewami.
A w oddali? Tuż za drogą zaczynało się już mrowisko.

Kioto – poprzednia stolica. Dla mnie japoński Kraków. Miasto, które dziś nie odgrywa znaczącej roli w nowoczesnej Japonii, za to zachwyca świątyniami, różnego rodzaju „wizytówkami” kraju. Złote Kinkakuji, Kiyomizudera na palach, zamek Nijō, z cudownie ćwierkającą podłogą, Pałac Cesarski. Tam też miałam okazję nocować w tradycyjnym japońskim ryokanie. Oczywiście mogłabym w tym miejscu zacząć pisać o wszystkich różnicach, orientalnych akcentach takiego miejsca. Ale za mało tu na to miejsca. Poza tym wiedziałam przecież, gdzie się udaję, więc nie te odmienne od europejskich warunki zdziwiły mnie najmocniej.

Tradycyjny japoński pokój w ryokanie, z podłogą pokrytą matami tatami

Tradycyjny japoński pokój w ryokanie, z podłogą pokrytą matami tatami

Poczułam się raczej zaskoczona, gdy wchodząc do tradycyjnego pokoju w stylu japońskim znalazłam telewizor, czajnik elektryczny, latarkę, jednorazowe szczoteczki do zębów. Wszystko jak w czterogwiazdkowym hotelu europejskim. Ale najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że gdy odsunęłam przesuwane, podniszczone drzwi z rysunkiem bambusa i znalazłam się w toalecie wielkości może półtora metra kwadratowego, to znalazłam tam zupełnie nowoczesną muszlę klozetową, z podgrzewaną deską i funkcją podmywania. Oczywiście nie sama „futurystyczna” toaleta mnie zdziwiła, bo przecież o tym, że takie znajdę w tym kraju wiedziałam od dawna. Zaskoczyło mnie połączenie nowoczesności z tradycją. Zwłaszcza, że stwierdzenie to brzmi dość wzniośle, a dotyczy… toalety!

Nara – pierwsza stała stolica Japonii. W tym miejscu miałam okazję zobaczyć na własne oczy japońską parę młodą, w tradycyjnym ubraniu, tuż po ślubie w obrządku shintō oraz matkę, która przyniosła swoje małe dziecko na błogosławieństwo do chramu. Byłam także w Tōdaiji, które napawa zachwytem. Stojąc jeszcze przed bramą można otworzyć usta z wrażenia.

Szesnastometrowy Budda Amida z Tōdaiji

Szesnastometrowy Budda Amida z Tōdaiji

Budowla nie jest specjalnie kolorowa, farba jest nawet lekko zniszczona, a jednak nie można od niej oderwać wzroku. Dlaczego? Bo jest ogromna. Strażnicy złowieszczo spoglądają na nas z góry. Wszystko jest tam po prostu wielkie. Z posągami na czele. Szesnastometrowy budda Amida, w towarzystwie niewiele mniejszych Kannon i strażników – czułam wielkość bogów.

Hiroshima i Nagasaki. Połączyłam te dwa miasta ze sobą, gdyż często tak właśnie nam się kojarzą, dość jednoznacznie i smutno – z wybuchem bomby atomowej. Rzeczywiście w jednym i drugim mieście Parki Pokoju, muzea wybuchu zajmują ważne miejsce. Jest to ta część zwiedzania, która choć wartościowa, jest raczej przykra. Co więc odkryłam innego od tego czego się spodziewałam? Hiroshima rzeczywiście na zawsze kojarzyć mi się będzie z bombą atomową, jak chyba całemu światu. Jednak Nagasaki… W Nagasaki odkrywałam inne oblicze tego miasta i jego historii. Dla mnie to miasto chrześcijan, portowy ośrodek komunikacji ze światem w czasach izolacji państwa i miejsce, gdzie bogacili się europejscy kupcy tuż po otworzeniu granic.

Kościół 26 męczenników z Nagasaki

Kościół 26 męczenników z Nagasaki

Byłam bowiem przed pomnikiem dwudziestu sześciu męczenników, którzy zostali zabici z rozkazu shoguna, gdy ich statek omyłkowo dobił do brzegów Japonii. Obok znajduje się Kościół katolicki, w którym odnaleźć można relikwie pierwszego meksykańskiego świętego Pawła Miki. W Nagasaki można tez zobaczyć sztuczną, małą wysepkę Dejimę, na której znajdowała się kiedyś siedziba holenderskich kupców – jedynych, którym wolno było dobijać do brzegów Kraju Wschodzącego Słońca. W końcu park Glovera – miejsce gdzie znajdują się posiadłości kupców europejskich, którzy zbijali fortunę na handlu z Japończykami tuż po otworzeniu granic państwa. To wszystko sprawiło, że od dziś będę uważała Nagasaki za jedno z najciekawszych miejsc jakie odwiedziłam.

Na koniec zostawiłam sobie małą ciekawostkę. Nie daleko od lotniska Narita i samej miejscowości Narita znajduje się przeurocze miejsce, którego pewnie nigdy nie odnalazłabym, gdyby nie pewien bardzo miły Japończyk z pociągu linii Keisei imieniem Hiro. Pewnie też nigdy już go nie spotkam i nie będę miała okazji powiedzieć mu, że atrakcję turystyczną, którą tak nieśmiało mi polecił uważam za jedną z najciekawszych jakie udało mi się zobaczyć. Jaka szkoda! Na myśli mam Bōsō no murę.

Ulica ze sklepami w Boso no mura, japońskim skansenie z okresu Edo

Ulica ze sklepami w Boso no mura, japońskim skansenie z okresu Edo

Jest to japoński skansen, w którym znajdują się rekonstrukcje budynków z okresu Edo. Na początek ulica ze sklepami – księgarnia, sklep z sake, naftą, kimonami, matami tatami, słodyczami i wiele innych. Każdy wyjątkowy, każdy ciekawy. Zwłaszcza, że na piętrze większości z nich znajdowały się pokoiki z wystawą poświęconą danemu rzemiosłu. Fakt – nie wszystko było po angielsku, ale najważniejsze informacje można było znaleźć w wersji bliższej Europejczykom. Dalej odwiedziłam posiadłość średnio zamożnego samuraja, a także domostwa chłopskie. Wszystkie urządzone tak samo jak za czasów Edo. Wokół budynków znajdowały się nawet pola uprawne, w tym pola ryżowe. Był także młyn i wiejska scena kabuki. Oprócz tego, poza obrębem płatnego zwiedzania, można było zobaczyć szkołę z czasów Meiji, która wyglądem przypominała już raczej budownictwo zachodnie, a także kurhany z szóstego i siódmego wieku.
Kurhan z glinianymi figurkami w Boso no Mura

Kurhan z glinianymi figurkami w Boso no Mura

Na jednym z nich można było podziwiać gliniane figurki przedstawiające kobiety, wojowników, konie i bydło, które umieszczano przy grobach zmarłych. Wszystko to było niezwykle interesujące, gdyż poczułam się nagle tak jakbym została wyjęta z teraźniejszości i za pomocą jakiegoś magicznego wehikułu została przeniesiona z ruchliwego Tokio do odległych czasów osiemnastego wieku.

Tak wyglądała moja przygoda w skrócie – w ogromnym skrócie. Nie opowiedziałam bowiem jeszcze o bardzo wielu miejscach i doświadczeniach. Ale chyba nie czas i pora na nie wszystkie. Teraz czas by powoli wrócić do moje polskiej rzeczywistości, od czasu do czasu zatapiając się jedynie w japońskiej lekturze.

Klucz – Jun’ichirō Tanizaki

the key Wracam do mojego ulubionego japońskiego pisarza – Jun’ichirō Tanizakiego. Już dość dawno poczułam ogromną chęć, by w końcu poznać jego „Klucz”. Nie będę ukrywać, że dodatkowym bodźcem było przypadkowe natrafienie na ekranizację tej powieści w reżyserii Tinto Brassa. Zakupiłam więc anglojęzyczną wersję książki, gdyż nie ma jej w polskim przekładzie i jak to bywa w takich przypadkach postanowiłam poświęcić jej trochę więcej czasu i uwagi. Po trochę, fragment po fragmencie tłumaczyłam ją sobie na język polski. Takie doświadczenia są dla mnie niezwykłe. Gdy tak zastanawiam się nad każdym zdaniem, czasem słowem, jakby je ująć tak, by oddały to co poczułam czytając tekst, niespodziewanie mocno zżywam się z bohaterami utworu. Tak było i tym razem. Z Ikuko i jej mężem, kochankiem i córką spędziłam powolne kilka tygodni. A kim są ludzie, którym towarzyszyłam w ich prywatnym życiu?
Bohaterami książki są mężczyzna, którego imię ani razu nie pada, o którym wiemy tylko tyle, że mieszka wraz z żoną w Kioto i pracuje na uczelni, żona Ikuko, która odebrała staroświeckie wychowanie i wyszła za mąż z woli rodziców, ich córka Toshiko i kandydat na jej narzeczonego Kimura.
Książka to zbór zapisków z pamiętników małżonków. Mąż prowadzi dziennik już od wielu lat, ale od Nowego Roku postanawia pisać na temat, którego do tej pory nie poruszał – intymnego życia z żoną. Liczy na to, że ukochana go przeczyta, gdyż tylko w ten sposób jest w stanie z nią porozmawiać, bez zasłaniania się przez nią skromnością i wstydliwością. Pewnego razu udając, że to przypadek, zostawia na podłodze swojego gabinetu klucz do szuflady biurka, w której schowany jest dziennik. Żona znajduje go i domyśla się jakie były intencje męża. To popycha ją do założenia w tajemnicy przed nim własnego pamiętnika, w którym ta skryta kobieta, będzie mogła szczerze porozmawiać, chociażby ze sobą. Przynajmniej tak twierdzi. Prawda jest jednak taka, że obydwoje wiedzą o swoich zapiskach, choć uparcie zapewniają się, że żadne z nich nie czyta zwierzeń tego drugiego.
W ten właśnie sposób zaczyna się małżeńska gra, na scenę której wciągnięci zostają jeszcze córka Toshiko i jej niedoszły narzeczony Kimura. Mąż, który obwiniał do tej pory żonę za jej bierność podczas stosunku i za to, że przez to nie jest w stanie jej usatysfakcjonować, nagle odkrywa, że zazdrość o innego mężczyznę pozwala mu wystarczająco się pobudzić, by sprostać oczekiwaniom kobiety. W „kontrolowanych” warunkach pozwala więc na stopniowe, niewinne (jak mu się zdaje) zbliżenie żony i Kimury, młodszego kolegi z pracy, który oficjalnie odwiedza ich dom ze względu na Toshiko. Do czego doprowadzi ta gra? Tego nie zdradzę, bo Tanizakiego uważam za mistrza zaskakujących zwrotów akcji, które zmuszają czytelnika do otworzenia szeroko oczu ze zdziwienia.
Zastanawiam się więc w jaki sposób mogę pisać o książce, by nie zdradzić zbyt wiele? Trudne to zadanie, bo pełna jest ona niuansów, bez których ciężko cokolwiek z całej tej historii zrozumieć. To co najbardziej urzekło mnie w tym utworze to kreacja bohaterów. Niesamowite co dzieje się z nimi, gdy postawieni zostają w obliczu niecodziennej sytuacji, jak skomplikowana jest ich psychika, jak ciężkie decyzje muszą podejmować.
Mąż, kochający żonę ponad wszystko, ubóstwiający jej ciało decyduje się na to by pchnąć ją w objęcia innego. W dodatku tym innym jest kandydat do ręki jego córki. By uszczęśliwić żonę i siebie ryzykuje nawet własnym zdrowiem.
Żona – przez lata nieszczęśliwa kobieta, która twierdzi, że go kocha, ale czuje do niego obrzydzenie. Jednocześnie nie może pozbyć się przekonania, że jej najważniejszym obowiązkiem względem męża jest posłuszeństwo. Jak je rozumieć, kiedy on chce, by zbliżyła się do innego mężczyzny? Czy takie zbliżenie jest wciąż posłuszeństwem? A może posłuszeństwo to zwykła wymówka kobiety, która pragnie innego?
Córka, która patrzy na wszystko z boku. Po czyjej stanie stronie? Matki, którą ojciec zmusza do nieprzeciętnych praktyk seksualnych? A może po stronie ojca, którego matka być może zdradza? Gdzie w tym wszystkim jest sama Toshiko? Przecież Kimura miał być jej narzeczonym – czyż nie powinna nienawidzić rodziców za to co jej wyrządzili?
I w końcu Kimura – mężczyzna, który zostaje wciągnięty w intrygę właściwie wbrew własnej woli. Może wydawać się, że jest on najbardziej z nich wszystkich niewinny. Szybko jednak okazuje się, że doskonale odnajduje się w całej sytuacji, a ostatni akapit książki świadczy o tym, że w niczym im nie ustępuje.
Trudna, wielowymiarowo jest to powieść, która pokazuje, że niczego nie da się tak jednoznacznie ocenić. Każde zdarzenie rozumieć można zupełnie inaczej, w zależności od tego kto na nie spogląda. Każdy ma inne motywy, inne uczucia, którym się poddaje i w końcu inną moralność, którą za wszelką cenę zawsze będziemy dopasowywać do naszych ukrytych pragnień.
Na koniec słów kilka o „La chiave” Tonto Brassa, o którym wspomniałam na samym początku. Teraz cieszę się, że zobaczyłam film zanim przeczytałam powieść. Początkowo jednak myślałam, że źle zrobiłam dając się na niego skusić, gdyż poznałam całą historię z góry, ale to nie prawda… Oglądając filmowy „Klucz” pomyślałam „intrygująca historia – chcę przeczytać książkę!”. Kiedy przeczytałam utwór Tanizakiego drugi raz nie wróciłabym już do filmu. Brassowi nie udało się pokazać zawiłości całej intrygi, tego co działo się z bohaterami, poza tym film ten nazwałabym raczej wulgarnym. No i zabrakło mi zakończenia, tego dość zdziwaczałego, jak przystało na Tanizakiego.

Dzień japoński w przedszkolu


Dziś na moim blogu postanowiłam dodać nową kategorię. Możliwe, że nie zawsze wydarzenia, a których będę pisała związane będą z literaturą, a przecież takie było założenie tej strony. Dlaczego więc zdecydowałam się pisać o czymś jeszcze? Bo zaczynając prowadzić moje zapiski kierowałam się chęcią dzielenia moimi przeżyciami, co trudno było robić z bliskim mi otoczeniem, gdyż dotyczą mało poczytnej w moich kręgach literatury japońskiej. Jednak mój kontakt z kulturą Kraju Kwitnącej Wiśni nie kończy się tylko na książkach. Czasami zdarza mi się przeżyć coś niezwykle dla mnie cennego, coś o czym chciałabym opowiedzieć i właśnie dlatego postanowiłam, że posłużyć temu może ten oto blog.

Paulina Wojnarowska-WrońskaCo stało się bezpośrednim impulsem do takiej decyzji? Zaproszenie skierowane do mnie przez grupę IV wraz z panią wychowawczynią z Przedszkola nr 10 w Nowym Sączu, abym wzięła udział w „Dniu zielonym” poświęconym właśnie kulturze Japonii. Z ogromną przyjemnością stawiłam się na czas, ubrana w uszytą przeze mnie yukatę i uczesana najlepiej jak potrafiłam. Czy mi wyszło…? Nie wiem, ale jedno mogę powiedzieć na pewno – dzieci były wprost cudowne.

Zastanawiałam się w jaki sposób opowiedzieć takim maluchom o kraju tak odległym zarówno pod względem geograficznym jak i kulturowym. Wiedziałam, że nie mogę sypać suchymi faktami, przytaczać odległości dzielącej nas od Tokio w kilometrach, opowiadać o dynastii cesarskiej, ani kolejnych shogunach. Na początek więc każdy dostał małą japońską flagę, z których powstał prawdziwy las.p1150331 Potem opowiedziałam im o ubraniu w jakim do nich przyszłam. Mówiłam, że kiedyś każdy Japończyk chodził tylko w takim stroju i nikt z nich nie znał ani dżinsów, ani bluz z kapturem. Mimo to miałam wątpliwości, czy uda mi się zainteresować tak małe dzieci. Kiedy jednak zobaczyłam, że słuchają mnie uważnie i śmieją się, gdy pokazuję im, że zamiast do kieszeni Japończyk może schować cukierka do workowatego rękawa, a skarpetki Japończyka mają miejsce na dużego palca osobno od reszty, kamień spadł mi z serca. Poszłam więc o krok dalej i pokazałam im, że japońskie dzieci, ucząc się w szkole jak napisać „księżyc” nie stawiają na kartce literek, ale rysują w zeszycie krzywą drabinkę, a gdy ich rodzice czytają gazetę to cała pokryta jest krzaczkami.japoński księżycMaluchy dalej słuchały. Potem poszło już z górki. Zrobiliśmy razem sushi, a dzieci, które chciały odkroić swój kawałek od długiego wałka ryżu owiniętego wodorostem ustawiały się w ogonku. Napiliśmy się też gorzkiej herbaty z czarki bez ucha do trzymania! Jedno i drugie zaowocowało zwierzeniami: „Proszę pani… to jest niedobre… co mam z tym zrobić?” :) Oczywiście byli też twardzi młodzieńcy przyjmujący wszystko z kamienną twarzą. Co ciekawe, paniom opiekunkom smakowało :) sushi przedszkole nr 10 w Nowym Sączu Na koniec tańczyliśmy w kółeczku i świetnie bawiliśmy się biorąc udział w konkursach na jedzenie pałeczkami. Była to dla mnie fantastyczna przygoda!p1150321

Spotkanie z tymi Malcami zapamiętam na pewno na bardzo długo. Zaskoczyło mnie ich zaangażowanie i otwartość na to co nowe. Chciałabym też podkreślić, że to zaproszenie było dla mnie niemałym wyróżnieniem za co z całego serca dziękuję dyrekcji i paniom z Przedszkola nr 10 w Nowym Sączu. Arigatō gozaimashita i sayōnara!

Przypadki miłosne pięciu kobiet – Ihara Saikaku

Przypadki miłosne pięciu kobiet - Ihara SaikakuI tym razem miałam okazję sięgnąć po nowość wydawniczą. Niedawno bowiem ukazały się nakładem Wydawnictwa Uniwersytetu Jagiellońskiego „Przypadki miłosne pięciu kobiet” autorstwa Ihary Saikaku. Oczywiście nie mogłam pozwolić, by taka pozycja mi umknęła. Sama książka nie jest długa, gdyż składa się z pięciu krótkich opowiadań. Stanowi ona jednak pracę naukową tłumaczki Katarzyny Sonnenberg, dlatego oprócz właściwego tekstu opowiadań znajdujemy także ich analizę zawartą we wstępie. Tych, którzy pragną więc profesjonalnych rozważań na temat świata przedstawionego, czasu akcji, bohaterów, narratora itd. odsyłam do książki. Ja skupię się jak zawsze na moich odczuciach po lekturze.
Pierwsza rzecz, która zwróciła moją uwagę to tytuł. Polscy uczniowie mogą cieszyć się, że dzieło japońskiego pisarza nie znalazło się nigdy na liście lektur, gdyż niejeden z nich miałby pewnie spory problem, gdyby nauczyciel na sprawdzianie zadał pytanie: „Kto jest głównym bohaterem opowiadania pod tytułem…?” Rozchodzi się o to, że tytuł zbioru mówi o przypadkach miłosnych pięciu kobiet, ale w tekście trudno często wyczuć kto jest główną postacią, w niektórych z nich zakochanych kobiet jest więcej niż jedna, a ich wątki są rozwijane po równo. Najzabawniejsze jednak jest opowiadanie „Gengobei, czyli góra namiętności”, gdzie z całą pewnością na kartkówkowe pytanie odpowiedziałabym: Gengobei – mężczyzna!
Jeśli chodzi o twórczość Saikaku w ogóle, to do tej pory miałam okazję zapoznać się jeszcze z „Żywotem kobiety swawolnej”. Wiedziałam o tym czym były ukiyozōshi, czyli „zeszyty ulotnego świata” i poprzednia lektura rzeczywiście wpisywała się w poznaną przeze mnie definicję. Jednak dopiero sięgając po „Przypadki miłosne pięciu kobiet” poczułam się jak mężczyzna – mieszczanin kupujący Playboya z XVII wieku. Lektura ta była w sumie łatwa i przyjemna. Nie czułam, by miała moralizatorskie zadanie, nie była też wzniosła. Liczyła się intryga i… pożądanie oczywiście. Jak w greckiej tragedii nad bohaterami niejednokrotnie wisiało fatum, przez które niejako zmuszeni byli do czynów niegodziwych, do postępków wynikających z namiętności, za które we wszystkich opowiadaniach zresztą bohaterów spotkała kara. Pod względem otwartego, ale i zabawnego traktowania spraw intymnych największe wrażenie zrobił na mnie fragment z pierwszego opowiadania „Opowieść o Seijūrō z Himeji”. Otóż para kochanków spotyka się wreszcie w miłosnym uścisku, jednak wciąż ostrożnie spogląda na kotarę, za którą zgromadzeni są ludzie. Nie spostrzegli natomiast, że od przeciwnej strony patrzy na nich drwal. „W jednej ręce trzymał sierp, a drugą poruszał rytmicznie pod pasem na biodrach. […] Okazuje się, że kochankowie, zgodnie z tym, co mówi stare powiedzenie, schowali głowy, ale wystawili zadki.” – opowieści te trudno więc nazwać romantycznymi, są po prostu erotyczne.
Pewien problem miałam też z ostatnim opowiadaniem „Gengobei, czyli góra namiętności”. A to dlatego, że nagle doszłam do dodatku gazety dla mężczyzn o… mężczyznach właśnie. Mnie jako europejskiemu odbiorcy trudno zrozumieć było postawę kobiety zakochanej (i pałającej pożądaniem!) w mężczyźnie, który woli chłopców. Znikoma też radość byłaby dla mnie z usidlenia takiego pana, jeśli on wciąż marzyłby o przedstawicielach tej samej płci. Cóż jednak – homoseksualizm w Japonii nie był takim tabu jak przez wieki w Polsce i chyba też inaczej go rozumiano, jak widać nikt nie odczuwał niestosowności w mieszaniu partnerów z obrębu obu płci.
Jeśli chodzi o głębszą analizę wydarzeń zawartych w opowiadaniach nie podejmuję się takowej, gdyż z założenia miała to być chyba tylko prosta rozrywka i nie znajdziemy w zbiorze głębszej analizy psychologicznej, nie zagłębimy się w motywy kierujące bohaterami. Jednakże sama akcja niejednokrotnie jest zaskakująca i gdy dowiedziałam się, że jednym z pisarzy, który zafascynowany był twórczością Saikaku był Jun’ichirō Tanizaki nie mogłam przestać doszukiwać się podobieństw. Oczywiście stwierdzenie, że ich style są do siebie podobne byłoby daleko idącym nadużyciem, jednak jest coś w twórczości Tanizaki’ego, co rzeczywiście pozwala skojarzyć niektóre elementy jego prozy z XVII wiecznymi tekstami Saikaku. Zwłaszcza, gdy czytałam o „Opowieść o twórcy kalendarzy” moją uwagę przykuły zaskakujące zwroty akcji i jakby fatum, które kierowało losami bohaterów w sposób, który budzi w czytelniku poczucie sprzeciwu. Gdy Osan niechcący przysnęła zastawiając pułapkę na Moemona, w wyniku czego nieświadomie spędzili ze sobą noc, aż chciało się krzyczeć: „Nie! No zbudź się! Przecież tak nie może być!” Podobne uczucie towarzyszyło mi, gdy czytałam na przykład „Tajemną historię pana Musashi’ego”. Główny bohater, sprawca morderstwa ojca swojej ukochanej, z jej polecenia okaleczał jej męża, gdyż kobieta przekonana była, że to mąż jest mordercą. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że moje doszukiwanie się podobieństw może wydawać się „na siłę”, ale nic nie poradzę na to, że lubię szperać w motywach nie tylko bohaterów, ale i twórców literatury.
Kończąc co zaczęłam powiem jeszcze tylko, że poleciłabym zbór opowiadań „Przypadki miłosne pięciu kobiet” tym, którzy pragnęliby nieco oderwać się od ciężkich, poważnych lektur i oddalić się w świat lubieżnej rozrywki. Nie jestem jednak pewna, czy jest to lektura dla każdego. Spodziewam się, że ktoś komu zupełnie obca jest kultura japońska może troszeczkę męczyć się przy czytaniu i nie wiem, czy poczuje się rzeczywiście „rozerwany”. Niemniej jednak zachęcałabym, chociażby po to, by zapoznać się z trochę innym sposobem postrzegania ludzkiej cielesności, dość niezwykłym jak na europejskie, wyrosłe na wierze chrześcijańskiej warunki.