Klucz – Jun’ichirō Tanizaki

the key Wracam do mojego ulubionego japońskiego pisarza – Jun’ichirō Tanizakiego. Już dość dawno poczułam ogromną chęć, by w końcu poznać jego „Klucz”. Nie będę ukrywać, że dodatkowym bodźcem było przypadkowe natrafienie na ekranizację tej powieści w reżyserii Tinto Brassa. Zakupiłam więc anglojęzyczną wersję książki, gdyż nie ma jej w polskim przekładzie i jak to bywa w takich przypadkach postanowiłam poświęcić jej trochę więcej czasu i uwagi. Po trochę, fragment po fragmencie tłumaczyłam ją sobie na język polski. Takie doświadczenia są dla mnie niezwykłe. Gdy tak zastanawiam się nad każdym zdaniem, czasem słowem, jakby je ująć tak, by oddały to co poczułam czytając tekst, niespodziewanie mocno zżywam się z bohaterami utworu. Tak było i tym razem. Z Ikuko i jej mężem, kochankiem i córką spędziłam powolne kilka tygodni. A kim są ludzie, którym towarzyszyłam w ich prywatnym życiu?
Bohaterami książki są mężczyzna, którego imię ani razu nie pada, o którym wiemy tylko tyle, że mieszka wraz z żoną w Kioto i pracuje na uczelni, żona Ikuko, która odebrała staroświeckie wychowanie i wyszła za mąż z woli rodziców, ich córka Toshiko i kandydat na jej narzeczonego Kimura.
Książka to zbór zapisków z pamiętników małżonków. Mąż prowadzi dziennik już od wielu lat, ale od Nowego Roku postanawia pisać na temat, którego do tej pory nie poruszał – intymnego życia z żoną. Liczy na to, że ukochana go przeczyta, gdyż tylko w ten sposób jest w stanie z nią porozmawiać, bez zasłaniania się przez nią skromnością i wstydliwością. Pewnego razu udając, że to przypadek, zostawia na podłodze swojego gabinetu klucz do szuflady biurka, w której schowany jest dziennik. Żona znajduje go i domyśla się jakie były intencje męża. To popycha ją do założenia w tajemnicy przed nim własnego pamiętnika, w którym ta skryta kobieta, będzie mogła szczerze porozmawiać, chociażby ze sobą. Przynajmniej tak twierdzi. Prawda jest jednak taka, że obydwoje wiedzą o swoich zapiskach, choć uparcie zapewniają się, że żadne z nich nie czyta zwierzeń tego drugiego.
W ten właśnie sposób zaczyna się małżeńska gra, na scenę której wciągnięci zostają jeszcze córka Toshiko i jej niedoszły narzeczony Kimura. Mąż, który obwiniał do tej pory żonę za jej bierność podczas stosunku i za to, że przez to nie jest w stanie jej usatysfakcjonować, nagle odkrywa, że zazdrość o innego mężczyznę pozwala mu wystarczająco się pobudzić, by sprostać oczekiwaniom kobiety. W „kontrolowanych” warunkach pozwala więc na stopniowe, niewinne (jak mu się zdaje) zbliżenie żony i Kimury, młodszego kolegi z pracy, który oficjalnie odwiedza ich dom ze względu na Toshiko. Do czego doprowadzi ta gra? Tego nie zdradzę, bo Tanizakiego uważam za mistrza zaskakujących zwrotów akcji, które zmuszają czytelnika do otworzenia szeroko oczu ze zdziwienia.
Zastanawiam się więc w jaki sposób mogę pisać o książce, by nie zdradzić zbyt wiele? Trudne to zadanie, bo pełna jest ona niuansów, bez których ciężko cokolwiek z całej tej historii zrozumieć. To co najbardziej urzekło mnie w tym utworze to kreacja bohaterów. Niesamowite co dzieje się z nimi, gdy postawieni zostają w obliczu niecodziennej sytuacji, jak skomplikowana jest ich psychika, jak ciężkie decyzje muszą podejmować.
Mąż, kochający żonę ponad wszystko, ubóstwiający jej ciało decyduje się na to by pchnąć ją w objęcia innego. W dodatku tym innym jest kandydat do ręki jego córki. By uszczęśliwić żonę i siebie ryzykuje nawet własnym zdrowiem.
Żona – przez lata nieszczęśliwa kobieta, która twierdzi, że go kocha, ale czuje do niego obrzydzenie. Jednocześnie nie może pozbyć się przekonania, że jej najważniejszym obowiązkiem względem męża jest posłuszeństwo. Jak je rozumieć, kiedy on chce, by zbliżyła się do innego mężczyzny? Czy takie zbliżenie jest wciąż posłuszeństwem? A może posłuszeństwo to zwykła wymówka kobiety, która pragnie innego?
Córka, która patrzy na wszystko z boku. Po czyjej stanie stronie? Matki, którą ojciec zmusza do nieprzeciętnych praktyk seksualnych? A może po stronie ojca, którego matka być może zdradza? Gdzie w tym wszystkim jest sama Toshiko? Przecież Kimura miał być jej narzeczonym – czyż nie powinna nienawidzić rodziców za to co jej wyrządzili?
I w końcu Kimura – mężczyzna, który zostaje wciągnięty w intrygę właściwie wbrew własnej woli. Może wydawać się, że jest on najbardziej z nich wszystkich niewinny. Szybko jednak okazuje się, że doskonale odnajduje się w całej sytuacji, a ostatni akapit książki świadczy o tym, że w niczym im nie ustępuje.
Trudna, wielowymiarowo jest to powieść, która pokazuje, że niczego nie da się tak jednoznacznie ocenić. Każde zdarzenie rozumieć można zupełnie inaczej, w zależności od tego kto na nie spogląda. Każdy ma inne motywy, inne uczucia, którym się poddaje i w końcu inną moralność, którą za wszelką cenę zawsze będziemy dopasowywać do naszych ukrytych pragnień.
Na koniec słów kilka o „La chiave” Tonto Brassa, o którym wspomniałam na samym początku. Teraz cieszę się, że zobaczyłam film zanim przeczytałam powieść. Początkowo jednak myślałam, że źle zrobiłam dając się na niego skusić, gdyż poznałam całą historię z góry, ale to nie prawda… Oglądając filmowy „Klucz” pomyślałam „intrygująca historia – chcę przeczytać książkę!”. Kiedy przeczytałam utwór Tanizakiego drugi raz nie wróciłabym już do filmu. Brassowi nie udało się pokazać zawiłości całej intrygi, tego co działo się z bohaterami, poza tym film ten nazwałabym raczej wulgarnym. No i zabrakło mi zakończenia, tego dość zdziwaczałego, jak przystało na Tanizakiego.

3 myśli nt. „Klucz – Jun’ichirō Tanizaki

  1. Mętlik w głowie – oto pierwsze co przychodzi mi na myśl, usiłując jakoś sensownie skomentować Twój wpis. Zacznę może od początku – Tanizaki to także jeden z moich ulubionych twórców. Uwielbiam jego przewrotność, sposób w jaki kreuje ludzkie sylwetki oraz to jak zestawia piękno z brzydotą, okrucieństwo z miłością, itd.

    O „Kluczu” usłyszałem za sprawą świetnego wywiadu z Henrym Millerem zatytułowanym „Asleep and Awake” (link podrzucił mi Mati z bloga „Rozkminki Pana Dziejaszka”). Amerykański pisarz bardzo ciepło wypowiadał się o tej powieści.

    Całkiem niedawno ja również nabyłem wersję angielskojęzyczną, tyle, że wydaną przez oficynę Vintage. W pierwszej kolejności przeczytam chyba jednak „The Maid” Yasutaki Tsutsui (wydaje mi się, że Tsutsui operuje prostszym językiem, co znacznie ułatwia mi odbiór jego powieści przetłumaczonych na j. Szekspira – przynajmniej takie wrażenie odniosłem na podstawie dzieł „Hell”, „Salmonella Men on Planet Porno” oraz „The Girl Who Leapt Through Time”).

    A tak jeszcze z całkiem innej beczki – Tanizaki to taki klasyk, że aż dziwne, że „Klucz” nie doczekał się jeszcze polskiego przekładu. Trochę to nawet żenujące i wystawia bardzo niską notę naszym rodzimym wydawcom. Mam nadzieję, że dzięki Twojej ciężkiej pracy sytuacja ulegnie zmianie :)

    P.S. Gdybyś miała problemy ze znalezieniem chętnego do publikacji translacji, to polecam spróbować szczęścia na portalach crowdfundingowych. Wspierałem kilka akcji na PolakPotrafi.pl i moim zdaniem ludzie zaskakująco chętnie dokładają do cudzych idei, jeśli tylko wystarczająco atrakcyjnie je przedstawić. W razie czego mogłabyś oczywiście liczyć na moją skromną pomoc w postaci tekstu wspominającego o projekcie na moim blogu :) Wydaje mi się również, że takie portale jak choćby LubimyCzytać także mogłyby się przyłączyć do przedsięwzięcia.

  2. Ojej, teraz zaczynam zastanawiać się co wywołało Twój mętlik w głowie… Czyżby mój wpis był tak chaotyczny i nielogiczny? Czy może to za sprawą przewrotności bohaterów książki…?

    Jeśli chodzi natomiast o moje tłumaczenie, to oczywiście chętnie Ci je jakoś udostępnię jeśli tylko byłbyś zainteresowany czytaniem moich wypocin. A co do wydawania to nie wiem czy takie tłumaczenia mają sens. Z jednej strony coś mi mówi, że skoro nie ma innego, to może ktoś by na tym skorzystał, z drugiej wiem, że budzą one wiele kontrowersji, jak by nie patrzeć gubi się pewnie styl autora itd. Zdecydowałam się na to w przypadku „Wrót”, ale moje uczucia względem takiego przedsięwzięcia wciąż nie są jasne.

  3. Ha, mętlik wynikał tylko i wyłącznie z ogromu emocji, jakie wywołało we mnie napomknięcie o tym tytule. Wpis jest jak najbardziej w porządku :)

    A z tymi przekładami z przekładów to faktycznie problem. Wielu czytelników podchodzi do takich pozycji b. sceptycznie, ale z drugiej strony równie pokaźna ilość czytających potrafi obcować z tekstem tylko i wyłącznie w języku ojczystym. Translacje z angielskiego (albo np. czeskiego) są więc pewnego rodzaju kompromisem – z jednej strony zyskujemy możność obcowania z interesującym nas tekstem, z drugiej zaś ryzykujemy, że tłumaczenie może nie oddawać w pełni oryginału. Wydaje mi się jednak, że jeśli wyraźnie i uczciwie zaznaczymy, że dany tytuł to przekład z przekładu, to znajdą się czytelnicy, którzy podejmą się lektury i nie poczują się przy tym oszukani, skrzywdzeni, itd.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>